Tag: <span>test</span>

Seat Leon Sportstourer 2.0 TDI CR Start & Stop 150 KM DSG Xcellence

NIESPÓJNOŚĆ CHARAKTERU

Nowy Seat Leon ST A.D. 2020, czyli Sportstourer w najnowszym wydaniu, jest samochodem o wyrazistym charakterze i dynamicznej stylizacji. Tak przynajmniej mówi teoria. Praktyka to potwierdza, ale nie obyło się w tym przypadku bez konfliktu interesów.

Zaprezentowany w 2012 roku Seat Leon trzeciej generacji miał być dla hiszpańskiego producenta ostatnim kołem ratunkowym, mającym przesądzić o być albo nie być marki. To, że wciąż mamy na świecie salony Seata, zawdzięczamy praktycznie tylko dużemu sukcesowi sprzedażowemu, będącego udziałem tego modelu. Jest on wciąż jeszcze sprzedawany przez dealerów Seata jako fabrycznie nowy samochód, ale już niemożliwe jest jego zamówienie do produkcji. Obecnie wyprzedawane są auta stockowe, które patrząc na oferty cenowe, nie powinny długo czekać na nowych właścicieli. Za cenę często grubo poniżej 100 tysięcy złotych można dostać bardzo dobrze wyposażone egzemplarze z mocnymi silnikami. Dla tych, którzy nie muszą za wszelką cenę „szpanować” nową generacją Leona jest to bardzo dobra wiadomość, ponieważ nowy model jest – tu nie ma niespodzianki – znacznie droższy od poprzedniego. Dobrym tego przykładem jest chociażby testowany egzemplarz, wyceniany na około 130 tysięcy złotych, a i tak mający wyposażenie dalekie od pełnego. Czy nowy Seat Leon ST ma w stosunku do poprzedniego o tyle więcej zalet, żeby taką różnicę w cenie uzasadnić? Sprawdźmy.

KOMBI DLA ZASADY

Po pokonaniu już tylko pierwszych kilkudziesięciu kilometrów testowanym egzemplarzem, miałem nieodparte wrażenie, że coś się w tej całej układance po prostu nie zgadza. Stojąc przed autem na parkingu, przed pierwszą jazdą, widzisz – tu moja prywatna opinia – bardzo atrakcyjnie stylizowane kombi w jednej z dwóch najbogatszych wersji wyposażenia Xcellence (jest jeszcze tak samo wyceniana, usportowiona FR). Wiesz, że pod maską znajduje się dwulitrowy diesel z dwusprzęgłową przekładnią. Czego więc możesz się spodziewać? Idealnego dla wielu rodzin, oszczędnego i komfortowego, kompaktowego kombi. Załóżmy, że zupełnie nie interesujesz się motoryzacją i nie wiesz, że Seat w koncernie Volkswagena odpowiada za dostarczanie samochodów z założenia „usportowionych”, nawet jeśli mówimy o miejskim Seacie Ibiza. Dlatego też, zauroczony stylizacją nowego Leona ST, po prostu kupujesz go bez jazdy próbnej, chociażby przez internet, co obecnie umożliwiają chyba wszyscy dealerzy. I gdy nadchodzi upragniony moment odbioru nowego samochodu i rozpoczynasz nim pierwszą podróż, zaczynasz się zastanawiać, gdzie popełniłeś błąd… Bo jednak chyba nie tego oczekiwałeś.

Dopóki koła samochodu toczą się po równej nawierzchni, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Silnik 2.0 TDI o mocy 150 KM w parze z dwusprzęgłową 7-biegową skrzynią oferuje przyjemny zapas dynamiki jazdy, który nawet jeśli miałby być rzadko wykorzystywany, zawsze jest mile widziany. Standardowa już przypadłość skrzyni DSG, polegająca na delikatnym szarpaniu podczas dynamicznego ruszania z miejsca, a także pewnej zwłoce w reakcji na głębokie wciśnięcie pedału gazu, powoduje, że wysoki moment obrotowy jednostki napędowej, wynoszący 360 Nm, musi czasem wkroczyć do akcji, aby zatuszować niedoskonałości przekładni. Jako że innej skrzyni automatycznej Seat do Leona nie oferuje, chcąc cieszyć się możliwością zwolnienia z pracy lewej stopy, musisz się z takimi niedoskonałościami pogodzić. W zamian za to otrzymasz najnowszy wynalazek Grupy Volkswagena, oferujący nowe doznania związane z operowaniem dźwignią zmiany biegów – bo przecież w samochodzie ze skrzynią automatyczną również trzeba nią operować. Niewielki przełącznik w miejscu tradycyjnej dźwigni, niemający mechanicznego połączenia z przekładnią, początkowo wydaje się przesadnym skomplikowaniem obsługi samochodu, ale słowo daję, że można się do niego błyskawicznie przyzwyczaić i nawet nie trzeba na niego patrzeć, aby wybrać odpowiedni bieg. Jest jedno ale. Jeśli już postanowiono zrezygnować z dużej, wystającej i zajmującej więcej miejsca na tunelu środkowym dźwigni, można było trochę lepiej wykorzystać powstające dzięki temu miejsce. Dwa płytkie i wąskie schowki nie są do końca trafionym rozwiązaniem, chociaż z drugiej strony pozwalają wygodnie umiejscowić kluczyk do samochodu lub inne drobne przedmioty, które kierowca chciałby mieć pod ręką. Wracając do wrażeń z jazdy, trzeba koniecznie wspomnieć, że nowy Leon, dzięki wysokoprężnemu silnikowi 2.0 TDI, może być naprawdę dynamicznym samochodem. Wspomniany moment obrotowy robi swoje i jeżeli podczas jazdy powstaje potrzeba nagłego zwiększenia prędkości, można liczyć na to, że auto tę potrzebę zaspokoi. Najlepsze wrażenie robi elastyczność, ponieważ szybkie ruszenie ze startu zatrzymanego, z pedałem gazu wciśniętym do podłogi, nie jest już tak efektowne. Katalogowe 8,9 s od 0 do 100 km/h jest dobrym wynikiem, ale o włos gorsze przyspieszenie oferują w tej klasie auta słabsze o dobre 20-30 KM. Mogą mieć jednak problemy z zaoferowaniem przy tym takich wyników zużycia paliwa. Standardowa trasa pomiarowa nie była w stanie spowodować, żeby na komputerze pokładowym prezentowanego egzemplarza po przejechaniu ponad 100 kilometrów pojawiła się cyfra „5” z przodu. Rezultat 4,6 l/100 kilometrów osiągnąłem bez najmniejszego problemu, przy czym testowy odcinek wiedzie między innymi gęsto usianymi samochodami ulicami Warszawy, jak i pokonywaną w szybkim tempie drogą ekspresową. Nie ma tu więc mowy o jeździe „na wynik”. Ze wstrzemięźliwości jeśli chodzi o zużycie paliwa jednostka 2.0 TDI jest dobrze znana, ale nie mniej, jeśli chodzi o brak dobrych manier. Niestety, tu wciąż nic się nie zmieniło. We wrażeniach z jazdy Volkswagenem Golfem 2.0 TDI skarżyłem się, że ten silnik pracuje „twardo”, jego hałas, szczególnie podczas mocniejszego przyspieszania i szybszej jazdy, jest po prostu nieprzyjemny i to się do dziś nie zmieniło. Ale muszę tu też wspomnieć o pewnej kwestii, która dla mnie osobiście jest zagraniem mocno poniżej pasa ze strony szefostwa Volkswagena w kierunku fanów hiszpańskiej marki. Nowy Leon jest bowiem sztucznie „poniżany” przez decydentów niemieckiego koncernu i po prostu słychać, że jest autem gorzej wyciszonym, niż nowe Skoda Octavia i Volkswagen Golf. Braki w wyciszeniu objawiają się zarówno właśnie jeśli chodzi o dźwięk silnika, chociaż akurat pod tym względem różnica jest niewielka, jak i szumy toczenia opon i opływającego nadwozie powietrza podczas jazdy z prędkościami ponad 100 kilometrów na godzinę. Tutaj przechodzimy do pierwszego zdania w tym akapicie – „dopóki koła samochodu toczą się po równej nawierzchni…”

JEST PO PROSTU ZBYT TWARDO

Wyciszenie pracy zawieszenia również stoi w Seacie na niższym poziomie, jednak nie na tyle niższym, aby można było stwierdzić, że pracuje ono zbyt głośno. Nie pracuje zbyt głośno, ale zdecydowanie zbyt twardo. Wersja Xcellence poprzedniego Leona, którą miałem okazję zrobić długą trasę, była bardzo dobrym kompromisem dla osób, które lubią jeździć samochodem i nie oczekują, że kompaktowe kombi będzie nudnym samochodem, niezapewniającym żadnych ciekawych wrażeń z jazdy. Przy tym wszystkim, w odróżnieniu od wersji FR, oferowała dobry kompromis między prowadzeniem a tłumieniem nierówności. Nowy Seat Leon ST w tej wersji wyposażenia już tego kompromisu nie zapewnia i jest to dla mnie po prostu niezrozumiałe. W ofercie przecież nadal pozostała wersja FR, najbardziej „drapieżna” ze wszystkich odmian jak na razie oferowanych przez Seata w nowym modelu, a mimo to zawieszenie wersji Xcellence jest tak twarde, że aż… zbyt twarde. Swoje „trzy grosze” z całą pewnością dokładają tutaj opcjonalne 18-calowe felgi za 3565 złotych, ale idę o zakład, że nawet pozostawienie standardowych 17-calowych niewiele poprawia sytuację. Resorowanie jest na tyle niekomfortowe, że sama zmiana rozmiaru felg i opon o jedno oczko w dół tego nie zniweluje. Trudno nie zadać Seatowi pytania, czym miała być spowodowana aż taka zmiana w nastawach układu jezdnego wersji ze standardowym zawieszeniem, względem poprzedniej generacji modelu. Oczywiście pociąga ona za sobą jednak nie tylko wady. Leon ST jest bowiem dzięki temu autem prowadzącym się po prostu świetnie. Jeśli tylko droga jest równa, można czerpać ogromną przyjemność z jazdy tym samochodem. Na długich nierównościach autem nie buja, jak ma to miejsce w przypadku nowej Skody Octavii, hiszpański kompakt jest zdecydowanie bardziej nastawiony na zabawę na drodze i jeśli lubisz tego typu samochody, będziesz zachwycony. W jazdę angażuje również układ kierowniczy, który jest bardzo bezpośredni i dzięki któremu kierowca jest wystarczająco dobrze poinformowany o tym, co robią przednie koła. Świetna jest kierownica, przyjemnie wyprofilowana i o odpowiednio grubym wieńcu. Świetne są również fotele, bardzo wygodne, dobrze trzymające w zakrętach i za sprawą zastosowanej tapicerki wyglądające na takie, które zniosą trudy nawet bardzo intensywnej eksploatacji. I tu przechodzimy do wnętrza, a tam również wiele się dzieje.

MULTIMEDIALNA REWOLUCJA

Droga obrana przez koncern Volkswagena, polegająca na rezygnacji z fizycznych przycisków i pokręteł na desce rozdzielczej, służących do obsługi instrumentów pokładowych, nie wydaje się dobrym kierunkiem rozwoju wnętrz współczesnych samochodów. Testowana wcześniej Skoda Octavia, w odróżnieniu od nowego Leona, miała chociaż kilka łatwo dostępnych, intuicyjnie umieszczonych fizycznych przycisków pod ekranem systemu multimedialnego. Seat został ich pozbawiony całkowicie. Nie byłoby może w tym nic złego, gdyby chociaż inżynierowie przysiedli nad systemem multimedialnym i sprawili, aby działał on szybciej niż ten w Skodzie. Tak się jednak nie stało i podobnie jak czeska siostra, nowy Leon każe niekiedy swojemu kierowcy czekać nawet 15-20 sekund, zanim po uruchomieniu silnika jego system będzie gotowy przyjąć na swoim ekranie pieszczoty palcami. Jest to szczególnie irytujące dla kierowców takich jak ja, którzy pierwszą rzeczą, jaką wykonują po uruchomieniu silnika, jest dezaktywacja systemów start-stop i utrzymywania samochodu na pasie ruchu. W nowym Seacie Leonie obydwa są oczywiście wyposażeniem seryjnym, począwszy od podstawowej wersji silnikowo-wyposażeniowej. Tu ciekawostka – po dezaktywacji systemu Lane Assist, na desce rozdzielczej zaświeca się nie tylko kontrolka obrazująca sylwetkę samochodu między liniami na jezdni. Dodatkowo pojawia się również kolejna kontrolka – wykrzyknik wpisany w trójkąt. Dla Seata najwyraźniej wyłączenie przez kierowcę „wspomagacza” w postaci systemu Lane Assist jest zachowaniem co najmniej niebezpiecznym i samochód postanawia z całą powagą ostrzegać, że kierowca jest zdany wyłącznie na siebie, jeśli chodzi o utrzymanie auta na właściwym pasie ruchu. Szczęściem w nieszczęściu jest fakt, że system multimedialny nowego Leona pozwala na indywidualizację ustawień rozszerzoną na taką skalę, że można sobie ustawić skróty ekranowe do często używanych funkcji, co trochę przyspiesza korzystanie z poszczególnych funkcji. Podobnie jak w Skodzie Octavii, pod centralnym ekranem multimediów znajduje się dotykowy „suwak”, służący do sterowania głośnością systemu audio, jednak w odróżnieniu od Skody, po obydwu jego stronach umieszczono również dotykowe pola do ustawiania zadanej temperatury w seryjnej, trzystrefowej klimatyzacji automatycznej. Niestety, wszystkie te pola nie są podświetlane, przez co po zmroku trudno dokładnie celować w odpowiednie miejsce na dotykowym panelu. System Seata umożliwia sterowanie gestami, dzięki czemu można bez dotykania ekranu na przykład przełączać wyświetlany na nim widok. Funkcja ta może być dla kogoś przydatna, szczególnie że ekran bardzo szybko pokrywa się odciskami palców i aby zachować go we względnej czystości, należy regularnie go czyścić. Z mojej perspektywy natomiast zupełnie nieprzydatna okazała się obsługa głosowa, która nie rozumiała komend wydawanych chociażby nawigacji, aby ustawiła żądany cel podróży, mimo że komendy wydawane były zgodnie z instrukcją. Co ciekawe, Leon ST jest autem dosyć towarzyskim, ponieważ stosunkowo często i zupełnie niespodziewanie postanawiał zagadywać mnie, gdy stwierdził, że chcę wydać mu jakieś polecenie głosowe, mimo że wcale tak nie było. Dlatego też nie zdziw się, jeśli do prowadzonej konwersacji z podróżującymi z Tobą pasażerami nagle włączy się samochód i zagada – taka już widocznie jego natura. Oprócz dużego, 10-calowego centralnego wyświetlacza na desce rozdzielczej, przed oczami kierowcy znajduje się kolejny, zastępujący tradycyjne zegary. Oferuje on cztery rodzaje możliwych do ustawienia widoków, każdy z nich prezentuję w galerii. Ustawienie naśladujące standardowe analogowe zegary ma pewną wadę, ponieważ na pierwszy rzut oka trudno odczytać na prędkościomierzu rzeczywistą prędkość jazdy. Dopiero spojrzenie na wyświetlane poniżej, niewielkie wskazanie prędkości w formie cyfr, rozwiewa wątpliwości. Po lewej stronie od kierownicy znajduje się również dotykowe pole do obsługi świateł zewnętrznych i ogrzewania tylnej szyby, a także do uruchamiania maksymalnej siły nadmuchu układu wentylacji na szybę czołową. Dwóch ostatnich funkcji raczej nie szuka się w tym miejscu, tym bardziej mając doświadczenie z wzorową ergonomią wnętrza poprzedniego Leona. Panel obsługujący wszystkie te funkcje ma pewną niewielką, za to cieszącą oczy cechę – po zbliżeniu do niego dłoni jeszcze bardziej podświetla dotykowe przyciski, dzięki czemu łatwiej zlokalizować je po zmroku. A gdy już mowa o jeździe po zmroku, należy w prostej linii przejść do oświetlenia, zarówno tego zewnętrznego, jak i wewnętrznego.

ŚWIATEŁ BLASK

Nowy Seat Leon, od wersji wyposażenia Full LED począwszy, standardowo oferuje świetlny spektakl dla osób postronnych, które akurat przebywają w pobliżu samochodu, gdy jego kierowca odrygluje zamki drzwi. Tylne światła nowego Leona rozbłyskują wówczas tak, jakby samochód nie kosztował 130, a co najmniej 330 tysięcy złotych. Biegnący przez całą szerokość klapy bagażnika pas diod LED, będący jednocześnie po części trzecim światłem stop, może łechtać ego co poniektórych kierowców Leona, ponieważ jadący za nim nocą inni użytkownicy dróg być może pomyślą, że mają przed sobą nie kompaktowe kombi hiszpańskiego producenta, a jeden z nowych modeli Porsche. Elementem zestawu efektownego oświetlenia są również tak zwane dynamiczne kierunkowskazy w tylnych lampach. Przednie reflektory zostały zaś pozbawione pewnego rozwiązania, które mają zarówno nowy Golf, jak i nowa Octavia, a które w tej drugiej podczas testu sprawdzało się wyśmienicie. Seat nie ma i nie może mieć nawet za dopłatą matrycowych reflektorów. Jest to według mnie kolejny element sztucznego pozycjonowania samochodów w koncernie Volkswagena. A szkoda, bo chociaż reflektory Seata świecą naprawdę dobrze i są dużym progresem w stosunku do topowych reflektorów modelu poprzedniej generacji, które oświetlały zbyt krótki obszar jezdni przed autem, to jednak brak matrycowego oświetlenia może być decydujący przy wyborze auta dla osób dużo jeżdżących po zmroku. Pewną ciekawostką jest działanie świateł drogowych Leona. Tak jak w poprzedniej generacji, tak i tu widoczny jest efekt „unoszenia się” reflektorów. Snop światła wędruje wysoko w górę i zasięg działania świateł drogowych robi naprawdę duże wrażenie. Natomiast gdy kierowca chce na krótką chwilę włączyć światła drogowe, aby doświetlić sobie drogę, nie może pociągnąć dźwigienki przy kierownicy do siebie, ponieważ nie da to spodziewanego efektu. Do „mrugania długimi” nowy Leon nie fatyguje bowiem całych reflektorów, a jedynie pojedyncze diody, przez co nie da się w prosty sposób, na chwilę doświetlić drogi przed autem. Popchnięcie dźwigienki kierunkowskazów w przód aktywuje system automatycznego sterowania światłami drogowymi, który – jak to bywa w przypadku takich systemów – nie działa dobrze. Ani nie przełącza odpowiednio wcześnie świateł drogowych na mijania, przez co powoduje oślepianie kierowców jadących z naprzeciwka, ani nie włącza świateł drogowych w sytuacji, gdy spokojnie mógłby to zrobić.

Jeśli cenisz komfort podróżowania i nie chcesz, aby przewożeni pasażerowie lub towar dla klientów byli poddawani dosyć dużym wstrząsom podczas jazdy po kiepskich drogach, nowy Seat Leon ST może nie być szczytem Twoich marzeń.

Nowy Leon Sportstourer ma do zaoferowania ciekawe rozwiązania również pod względem oświetlenia wewnętrznego. Jako chyba pierwszy samochód w historii, a przynajmniej nie przypominam sobie innego modelu, który miał takie rozwiązanie, ostrzega kierowcę o pojeździe w martwym polu widzenia lusterek zewnętrznych nie poprzez aktywację diod umieszczonych albo na szkle lusterka, albo na obudowie obok, ale używa do tego elementu ambientowego oświetlenia wnętrza. Testowany egzemplarz nie miał tej funkcji, ale charakterystycznym elementem wnętrza nowego Leona jest to, że podświetlane cienkie listwy na drzwiach rozbłyskują w sytuacji, gdy na przykład wyprzedza nas inne auto. Idąc dalej za pomysłami Seata, należy wspomnieć o świecącej listwie, biegnącej przez całą szerokość deski rozdzielczej, a umiejscowionej pod samą szybą czołową, co podczas jazdy w nocy może przeszkadzać. Na szczęście podświetlenie listwy da się albo wyłączyć całkowicie, albo ustawić taki jego kolor, który nie będzie przeszkadzał w jeździe. Kolorów możliwych do ustawienia ambientowego oświetlenia wnętrza jest sporo, tak jak i obszarów możliwych do oświetlania. Nawet jednak w topowej wersji Xcellence nie jest to element wyposażenia standardowego, ale wymagający dopłaty 1243 złotych. Dopłaty wymagają również inne elementy, które testowany egzemplarz miał na pokładzie. Ciekawostką rzadko spotykaną nie tylko w tej klasie samochodów, ale w ogóle w różnej wielkości autach, jest gniazdo 230V, które nowy Seat Leon ST może mieć w bagażniku. Kosztuje ono, do spółki z gniazdem 12V umieszczonym w konsoli centralnej skromne 498 złotych, więc dla osób podróżujących na przykład ze sprzętem elektronicznym wymagającym ładowania, będzie miłym akcentem na liście wyposażenia dodatkowego. Związane z bagażnikiem jest również bezdotykowe elektryczne otwieranie jego pokrywy, kosztujące 2030 złotych. Pod podłogą bagażnika może znajdować się koło dojazdowe za 416 złotych. A gdy już mowa o przestrzeni ładunkowej, to czas na jedną z najważniejszych kwestii przy wyborze kompaktowego kombi.

MOŻNA SIĘ ROZGOŚCIĆ

Nowy Leon ST oferuje bardzo dobre możliwości transportowe, co może niespodzianką nie jest, natomiast może nią być ilość miejsca dla pasażerów z tyłu. Przy pojemności bagażnika wynoszącej standardowo aż 620 litrów, a maksymalnie, po złożeniu dzielonych w stosunku 1:3 oparć tylnej kanapy 1600 litrów, dla podróżujących z tyłu pozostaje naprawdę duża ilość przestrzeni życiowej do wykorzystania. Jest to w stosunku do poprzedniego Leona duży skok jakościowy. Nowemu modelowi naprawdę bardzo blisko do nowej Octavii, która wyznacza w tym segmencie standardy przestrzenne. Dla pasażerów tylnej kanapy nowego Leona przewidziano praktyczne, spełniające swoją rolę zagłówki, które da się ustawić tak, aby rzeczywiście podpierały głowy, a nie karki pasażerów. Gdy pasażerów nie ma na pokładzie, można skorzystać z drobnego, ale miłego akcentu – uchwytów przytrzymujących pasy bezpieczeństwa, aby te były zawsze w tym samym miejscu i nie przeszkadzały na przykład w składaniu/rozkładaniu oparć kanapy. Tak jak już wcześniej wspomniałem, dla tylnego rzędu siedzeń przewidziano osobną, trzecią strefę automatycznej klimatyzacji, a także dwa gniazda USB-C, które znajdują się również z przodu, w desce rozdzielczej. Dlaczego nie zwykłe USB-A, to pozostanie chyba na zawsze tajemnicą decydentów Volkswagena, bo cała gama nowo prezentowanych aut w grupie ma to rozwiązanie. Zapoczątkowała je Skoda Scala, a teraz jest ono kopiowane bez pytania, czy klienci sobie tego życzą. Wracając do przestronności wnętrza, nie brakuje jej również na przednich fotelach. Nowy Seat Leon ST jako całość prezentuje się pod tym względem naprawdę bardzo dobrze. Jest autem wnętrzarsko dużym jak na tę klasę samochodów, ma kilka praktycznych rozwiązań ułatwiających użytkowanie i pod tym względem ani rodziny, ani przewożący dużo towaru właściciele firm/przedstawiciele handlowi nie powinni być zawiedzeni. W przednich drzwiach znajdziemy pojemne schowki, a w tylnych spokojnie zmieści się 1,5-litrowa butelka. Na konsoli środkowej są dwa zagłębienia na napoje, mamy również schowek w podłokietniku i miejsce do odłożenia smartfona, który za 865 złotych może być ładowany bezprzewodowo. A jeśli już jesteśmy przy schowkach, to tu również Volkswagen postanowił pokazać Seatowi, gdzie jego miejsce i pozbawił go tak prozaicznej rzeczy, jak wyłożenie schowków materiałem. Zarówno te w drzwiach przednich i tylnych, jak i ten w desce rozdzielczej przed fotelem pasażera, nie mają ani krzty materiału powodującego, że przewożone w nich przedmioty nie będą wydawały żadnych odgłosów podczas jazdy. Mało tego, nawet taniutkie jak barszcz, gumowe „wykładziny” schowka w podłokietniku, konsoli centralnej i uchwytach na napoje, są elementem pakietu za 125 złotych, w którym dostajemy jeszcze schowki pod fotelami i siatki zabezpieczające do wykorzystania w przestrzeni bagażowej. Oczywiście, 125 złotych to śmieszna kwota, ale Seat/Volkswagen mógł sobie darować dopłatę do tych elementów w najdroższej wersji wyposażenia.

TRUDNY DO SKLASYFIKOWANIA

Zastanawiam się, kto jest tak naprawdę dla Leona ST grupą docelową. Normalnie, przy założeniu, że szukasz dużego, wygodnego i nowoczesnego kombi klasy kompakt, mógłbyś bez wahania pójść do salonu Seata i znalazłbyś tam auto spełniające Twoje oczekiwania. Tylko to zawieszenie… Jeśli cenisz komfort podróżowania i nie chcesz, aby przewożeni pasażerowie lub towar dla klientów byli poddawani dosyć dużym wstrząsom podczas jazdy po kiepskich drogach, nowy Seat może nie być szczytem Twoich marzeń. Pewnym rozwiązaniem, ale tylko półśrodkiem, jest rezygnacja z wersji Xcellence lub FR na rzecz tańszych, ale wtedy nie będzie to już ten sam samochód. Odmian Style i Full LED nie można bowiem zamawiać z silnikiem Diesla. Nie można też dostać do nich świetnie komponujących się z nadwoziem, 18-calowych felg. Można jednak w zamian dostać więcej spokoju na drodze. Decyzja należy do Ciebie. Wyjściowo, nowy Leon Sportstourer kosztuje 84 900 złotych. Za tę kwotę otrzymasz auto z nie najsłabszym w gamie silnikiem 1.5 TSI 130 KM (do kombi nie można zamówić silnika 1.0 TSI 110 KM), manualną 6-biegową przekładnią i… 16-calowymi felgami aluminiowymi, które powinny poprawić komfort resorowania. Być może to półśrodek, ale dużo tańszy od prezentowanego egzemplarza i zapewne mniej „wstrząsogenny”.

Tekst i zdjęcia: Arkadiusz Kucharski


PLUSY
  • Przestronne wnętrze, duży bagażnik
  • Dobra elastyczność silnika, bardzo niskie zużycie paliwa
  • Bardzo dobre właściwości jezdne i układ kierowniczy
  • Efektowne rozwiązania w dziedzinie oświetlenia
MINUSY
  • Bardzo twarde resorowanie
  • Skomplikowana, głównie dotykowa obsługa instrumentów we wnętrzu; zawieszający się system multimedialny
  • Braki w płynności działania skrzyni DSG
  • Niska kultura pracy silnika
  • Sztuczne pozycjonowanie Seata niżej względem koncernowej konkurencji

PODSTAWOWE INFORMACJE

  • Silnik: diesel, turbodoładowany, 1968 cm3
  • Skrzynia biegów: automatyczna dwusprzęgłowa 7-biegowa
  • Moc maksymalna: 150 KM przy 4200 obr/min
  • Maksymalny moment obrotowy: 360 Nm w zakresie 1700-2750 obr/min
  • Przyspieszenie 0-100 km/h: 8,9 s
  • Prędkość maksymalna: 218 km/h
  • Zużycie paliwa w cyklu mieszanym WLTP: 4,7-4,9 l/100 km
  • Zużycie paliwa na trasie testowej: 4,6 l/100 km
  • Zużycie paliwa średnio w teście: 4,7 l/100 km
  • Cena samochodu w wersji testowanej 2.0 TDI 150 KM DSG Xcellence: od 118 600 zł
  • Cena egzemplarza testowanego: około 130 000 zł

DANE TECHNICZNE
SERWIS/GWARANCJA
WARTOŚĆ REZYDUALNA
ZDJĘCIA

Skoda Octavia 1.5 TSI 150 KM Style

PREMIERA ROKU

Oto nowa Skoda Octavia, reklamowana jako premiera roku 2020. Na naszym rynku, pod względem flotowym rzeczywiście nią jest, ale i wielu klientów indywidualnych ten samochód przyciągnie do salonów. Poniżej o tym, jak jeździ i co ma do zaoferowania tymczasowo najbogatsza odmiana Style z silnikiem 1.5 TSI 150 KM. 

Stojąc przed najnowszą Octavią, można popaść w zadumę. Gdy w 1991 roku Volkswagen przejmował stery nad czeską marką, nikt nie mógł wiedzieć, że za 30 lat Skoda będzie oferowała takie samochody. Gdyby nie ten zastrzyk finansowy i technologiczny, Czesi być może nadal produkowaliby swoje auta, ale czy byłyby to takie produkty? Śmiem twierdzić, że nie. Tymczasem takie są i z pokolenia na pokolenie stają się coraz lepsze. I naprawdę chciałoby się powiedzieć, że nowa Skoda Octavia jest tego najlepszym przykładem, ale… znam lepsze. Bo nowy czeski kompakt (a może już nie kompakt?) wcale nie jest od poprzedniego modelu pod każdym względem lepszy. Zaskakujące, że bez trudu można znaleźć obszary, na których świeżutka Octavia ustępuje pola starszej siostrze. Są również jednak takie, na których bez trudu bije ją na głowę. Muszę przyznać, że czekałem na możliwość przetestowania tego samochodu z niecierpliwością. Premiera flotowego bestsellera w nowej odsłonie jest przecież wydarzeniem w branży. A gdy w końcu nadszedł dzień, gdy odebrałem kluczyk do testowego egzemplarza, wiedziałem, że przez najbliższe kilka dni na pewno nie będę się nudził. Faktycznie, nudy nie było, ponieważ najnowsze dzieło Skody dostarczyło sobą tyle materiału do tego tekstu, że gdybym się nie ograniczał, pewnie byłby on znacznie dłuższy. Zaczynamy.

NADWOZIOWA REWOLUCJA

A zacząć należy od początku, czyli w przypadku samochodu od tego, co widać na zewnątrz, zanim zasiądzie się za jego kierownicą. I tak, nowa Skoda Octavia w wersji liftback wymiarami oczywiście przebija poprzedniczkę. Jest dłuższa o 19 mm, szersza o 15 mm i wyższa o 25 mm, jednak nie tyle widać to w danych technicznych, co patrząc na obydwa samochody. Wizualnie nowa generacja wydaje się być autem po prostu większym i największy na to wpływ według mnie mają sztuczki projektantów nadwozia. Można tu wymienić elementy, takie jak ukrycie brzegów maski silnika w przetłoczeniach na błotnikach, co powoduje, że patrząc na nową Skodę z przodu, mamy wrażenie, że auto jest ponadnormatywnie szerokie. Fakt ten potęgują stosunkowo wąskie reflektory LED (standard w każdej wersji wyposażenia) i atrapa chłodnicy. Podobne zabiegi zastosowano z tyłu nadwozia, gdzie lampy również „rozpłaszczyły” się wzdłuż klapy bagażnika, a stosowany od niedawna napis „SKODA” zamiast znaczka, także ma tu znaczenie. Testowany egzemplarz był pozbawiony opcjonalnej wycieraczki tylnej szyby, dzięki czemu patrząc na niego, osoba nieświadoma mogłaby pomyśleć, że ma do czynienia z sedanem. Linia boczna Octavii mocno zyskuje w zestawieniu z 18-calowymi felgami, będącymi standardem w wersji Style, ponieważ już tylko o jeden cal mniejsze felgi, będące standardem w niższej wersji wyposażenia Ambition, powodują, że auto nie wygląda tak „dojrzale”. Powodem tego może być ogólna wielkość samochodu, rozmiarami wchodzącego już w paradę modelom segmentu D. Tak czy inaczej, nowa Octavia jako całość wygląda na tyle świeżo, że bez trudu da się rozpoznać kiedy to auto powstało, a z drugiej strony nie została pozbawiona charakterystycznych dla marki detali. Jednym z nich są tylne boczne drzwi, które do złudzenia przypominają te z Superba i można przypuszczać, że projektanci celowo upodobnili mniejszy model do flagowego, aby dodać mu dostojności i prestiżu.

WNĘTRZE Z INNEJ BAJKI

Po otwarciu drzwi, elementów wspólnych z dotąd znanymi Skodami trzeba natomiast trochę poszukać. Jedynymi detalami w całym wnętrzu, które przywiodły mi na myśl jakiekolwiek inne auto Skody, były klamki drzwi, dźwignia zmiany biegów, a także dźwigienki do obsługi wycieraczek, kierunkowskazów i tempomatu. Poza tym, trudno znaleźć w kabinie coś, co dotychczasowy kierowca samochodów czeskiego producenta znałby już wcześniej. Całkowicie nowa deska rozdzielcza, z nowym układem elementów sterowania i nową kierownicą, dają takie wrażenie, jak gdyby Czesi zwolnili wszystkich pracujących dla nich do tej pory projektantów wnętrz i zatrudnili nową ekipę. Jak zareagują na to klienci marki, zobaczymy. Natomiast już teraz wiadomo, że wnętrze auta wymaga chwili przyzwyczajenia dla osoby, która przebywa w nim po raz pierwszy. To nie jest poprzednia Octavia, do której wsiadłeś, poustawiałeś w mig wszystko pod swój gust i ruszyłeś z miejsca. Nowy model już na wejściu mówi Ci, że jemu powinieneś poświęcić zdecydowanie więcej uwagi. Tak się złożyło, że wkrótce po zakończeniu testu prezentowanego egzemplarza, wsiadłem do Octavii poprzedniej generacji i wyruszyłem w trasę. Było to doskonałą okazją do porównania przyjazności obsługi obydwu modeli dla głównego ich użytkownika, czyli kierowcy. Aktualnie wprowadzony do sprzedaży model poległ tu na całej linii i trzeba to jasno i wyraźnie stwierdzić. Nieskomplikowanie instrumentów w aucie trzeciej generacji jest o lata świetlne lepsze, niż trudności w znalezieniu różnych funkcji w czwartym pokoleniu modelu. Co prawda, po dłuższym kontakcie z nową Octavią da się pewne rzeczy robić w miarę intuicyjnie, ale według mnie potrzeba naprawdę wielu kilometrów, aby przywyknąć do pewnych niestandardowych rozwiązań, znajdujących się na pokładzie nowej Skody. Pierwszym z nich jest sterowanie głośnością systemu audio, do którego służy już nie pokrętło, a dotykowy „suwak” umieszczony pod ekranem systemu multimedialnego. Sterowanie głośnością jest oczywiście zdublowane, ponieważ na kierownicy znajduje się szereg przycisków i pokręteł do obsługi funkcji samochodu, dlatego też ze wspomnianego „suwaka” można w ogóle nie korzystać. I całe szczęście. Nie da się jednak w ogóle nie korzystać z dużego dotykowego ekranu multimediów o przekątnej 10 cali. Wielkim plusem systemu jest to, że pozwala na prawie że dowolną indywidualizację wyświetlanych skrótów do poszczególnych funkcji, przez co da się tak ułożyć główne menu, aby było dostosowane do wymogów kierowcy. Jest to o tyle ważne, że ogrom zawartych w systemie możliwości konfiguracji ustawień powoduje, iż do tych najczęściej używanych można „wyciągnąć” sobie skróty i ustawić je na ekranie tak, aby były jak najbardziej w zasięgu ręki. Po ustawieniu fotela pod siebie miałem bowiem nieodparte wrażenie, że do prawej, bardziej oddalonej części ekranu centralnego, jest mi po prostu trudno dosięgnąć, a nie należę do kierowców, którzy jeżdżą w pozycji półleżącej. Sam ekran w zakamarkach swojego menu pozwala odnaleźć funkcję wyboru tła wyświetlanego zarówno na centralnym ekranie deski rozdzielczej, jak i tym znajdującym się przed kierowcą i zastępującym tradycyjne zegary. Tu Skoda zrobiła pewien krok do tyłu, ponieważ wypuszczając na polskim rynku nowy model, z hukiem ogłosiła, że w standardzie każdej, nawet najtańszej odmiany Active, znajdą się wspomniane cyfrowe zegary. Tak też zrobiła, ale szybko się z tego pomysłu wycofała i obecnie, po krótkim okresie oferowania tego bajeru w każdym egzemplarzu, stwierdziła, że jedynie wersja Style zasługuje na to, aby jej kierowca bez żadnych dopłat mógł wybrać sobie widok zza kierownicy. Do wyboru są cztery główne ustawienia, między innymi wyświetlanie mapy nawigacji na praktycznie całej powierzchni ekranu, ustawienie minimalistyczne, którego głównym bohaterem jest prędkościomierz, a także udająca tradycyjne zegary wersja wyświetlacza, która udawać je potrafi całkiem znośnie. Do tego wszystkiego, w każdym z wyświetlanych trybów można zmieniać informacje pokazywane niejako na drugim planie, takie jak zasięg, średnie zużycie paliwa, kompas, czy choćby aktualnie odtwarzana z głośników stacja radiowa. Wszystko to daje miły efekt wizualny i wcale nie rozprasza kierowcy podczas jazdy. Sama ostrość i ogólna jakość obrazu wyświetlanego na obydwu dużych wyświetlaczach jest pierwszorzędna. Pod tym względem nie można mieć żadnych uwag. Można je natomiast mieć, jeśli chodzi o sposób obsługi chociażby klimatyzacji. Da się ją bowiem ustawiać już wyłącznie poprzez ekran dotykowy, co po prostu nie jest dobrym rozwiązaniem. Pewnym ułatwieniem jest fakt, że można nacisnąć wirtualny guzik, oznaczony dla przykładu jako „ogrzej stopy” lub „ogrzej ręce”, a w rzędzie przełączników zainstalowanych pod ekranem centralnym znajduje się taki opatrzony nazwą „CLIMA”, co intuicyjnie pozwala użyć go podczas poszukiwań ustawień klimatyzacji w gąszczu systemu. Natomiast po wywołaniu menu sterowania temperaturą we wnętrzu, trzeba już niestety bezlitośnie molestować ekran i liczyć na to, że wykona wydane mu dotykiem polecenie bez zawahania. A z tym bywa różnie. Szczególnie po uruchomieniu zapłonu musi minąć dłuższa chwila, zanim ekran zacznie reagować na dotyk bez zbędnej zwłoki. Zbędnej do tego stopnia, że chwilami czas oczekiwania na reakcję systemu dłużył się niemiłosiernie. To raz. Dwa, że nawet, gdy system jest już od dawna uruchomiony, w polu wyboru ulubionej stacji radiowej dzieje się coś, co znieczula ekran na dotyk i nie pozwala wybrać żądanej stacji. Trzeba cofnąć się do głównego menu, po czym dopiero można powtórnie dotknąć ikonkę wybranej stacji radiowej, wtedy system zareaguje. Być może jest to przypadłość zwana „chorobą wieku dziecięcego”, których nowa Skoda Octavia nie była pozbawiona również pod kątem działania innych systemów – wtajemniczeni wiedzą, o czym mowa. Wszyscy, wtajemniczeni czy nie, muszą przyzwyczaić się również do nowego panelu sterowania światłami. Standardowy, „od wieków” używany włącznik, ustąpił miejsca przyciskom i jedyną zaletą takiego rozwiązania jest to, że nie są to przyciski wirtualne. Co za tym idzie, oczywiście nie da się już wyłączyć czujnika zmierzchu, co irytuje mnie w każdym samochodzie pozbawionym tej funkcji. Szczęściem w nieszczęściu jest to, że czujnik nie panikuje, włączając światła mijania wtedy, gdy to konieczne. Ciekawostką jest możliwość wyłączenia świateł całkowicie, ale tylko na postoju. Zniknęła natomiast znana z wcześniejszych modeli Skody funkcja dezaktywacji świateł do jazdy dziennej. Ogólnie rzecz biorąc, kilka nowych rozwiązań wymaga przyzwyczajenia i nie da się określić obsługi nowego modelu jako intuicyjnej. Trzeba mieć to na uwadze, wybierając Octavię jako swoje nowe auto służbowe lub rodzinne.

WYPOSAŻENIOWE NOWOŚCI

Jako jedno i drugie samochód sprawdzi się jednak doskonale, niezależnie od wspomnianych wcześniej ułomności. Wnętrze, wzorem poprzedniego modelu, jest jak na tę klasę samochodów bardzo duże i jak na tę klasę aut zapewnia wyśmienite warunki podróżowania dla czterech dorosłych osób, a dobre dla pięciu. Fotele są bardzo wygodne, choć uczciwie trzeba przyznać, że gdyby nie były, to nie miałyby prawa kosztować aż 13 000 złotych. Skórzane, elektrycznie sterowane, posiadające pamięć trzech ustawień, wentylację i podgrzewanie, są jednym z elementów sprawiających, że nowa Skoda Octavia może być traktowana jako auto nie tyle dla przedstawiciela handlowego, co dla menedżera z aspiracjami. W porządku, standardowe siedziska pewnie nie zasługują na takie pochwały, co mam nadzieję wkrótce sprawdzić, ale te zamontowane w testowanym egzemplarzu bez trudu mnie do siebie przekonały. Przypadłością elektrycznie sterowanych foteli jest oczywiście to, że wymuszają trochę wyższą pozycję za kierownicą, co na samym początku obcowania z samochodem da się wyczuć. Fotele jednak można opuścić na tyle nisko, że taka pozycja nie przeszkadza osobom lubiącym siedzieć bliżej asfaltu. Dwuramienna wielofunkcyjna kierownica ma świetnie dobraną grubość i jest przyjemna w dotyku, a jej zakres regulacji sprzyja temu, żeby każdy mógł wygodnie usadowić się w aucie i ruszyć w drogę, a jeśli będzie trzeba, coś w tę podróż ze sobą zabrać. Octavia tego nie odmówi. Duże schowki w drzwiach, mieszczące 1,5-litrową butelkę z napojem. Szeroka i głęboka wnęka za dźwignią zmiany biegów, wyposażona w indukcyjną ładowarkę do smartfona (opcja za 1250 złotych). Wnęki na kubki, schowek w podłokietniku i desce rozdzielczej przed fotelem pasażera. Nieduży schowek na okulary w podsufitce. Również niewielki z lewej strony od kierownicy. A do tego wszystkiego ogromny, 600-litrowy bagażnik, wyposażony standardowo w zestaw siatek do mocowania bagażu, haczyki i uchwyty na torby, a także przegrody oddzielające wnęki bagażnika po lewej i prawej jego stronie. Pod podłogą zaś dojazdowe koło zapasowe i subwoofer systemu audio marki Canton. Zarówno koło, jak i subwoofer nie są standardem, i o ile to pierwsze warto w Octavii mieć, tym bardziej że kosztuje tylko 600 złotych, o tyle absolutnie nie warto dopłacać 2750 złotych do wspomnianego systemu grającego. Nie jest bowiem wart żadnej dodatkowej dopłaty. Dźwięk wydobywający się z głośników jest tak płytki, że nawet zwykłe radio w zwykłym Seacie Ibiza gra lepiej – to nie żart. Sytuacji nie ratuje szukanie różnych ustawień dźwięku. Naprawdę długie minuty spędziłem na zabawie equalizerem, aby wydobyć z systemu tony milsze dla ucha. Nic z tego. Przestawianie funkcji sterujących dźwiękiem przestrzennym również nie przyniosło rezultatu. Finalnie, zdecydowanie lepiej wydać prawie 3000 złotych w firmie specjalizującej się w montażach systemów nagłośnienia albo pozostać przy standardowym audio i wspomnianą kwotę przeznaczyć na inne opcje wyposażenia. Można mieć za nią na przykład pakiet Selection, wymagający dopłaty 2800 złotych i oferujący między innymi elektrycznie sterowaną klapę bagażnika czy ambientowy pakiet oświetlenia, dającego możliwość wyboru wielu kombinacji kolorystycznych, które kierowca i pasażerowie mogą obserwować we wnętrzu auta. Praktycznym, jak to w Skodzie, detalem jest zmiana koloru podświetlenia listew na drzwiach na czerwony zawsze, gdy są one otwarte. A jeśli już jesteśmy przy temacie oświetlenia, to nie można pominąć punktu kulminacyjnego, dotyczącego tej części wyposażenia samochodu. Są nim oferowane w wersji Style bez dopłaty, fantastyczne reflektory matrycowe, które oświetlają jezdnię w sposób bardzo efektywny. I efektowny, ponieważ kierowca może w otaczającym go obszarze świecenia reflektorów obserwować, jak wygaszają się poszczególne diody, aby nie oślepiać jadących z naprzeciwka. Osobiście jestem światłami Skody zachwycony nie dlatego, że to jakaś kosmiczna technologia, ale dlatego, że podczas nocnej trasy, którą miałem okazję odbyć testowanym egzemplarzem, ani razu nie zdarzyło się, aby sterownik pracą reflektorów pomylił się i choćby na sekundę spóźnił z reakcją na sytuację drogową. Żaden z kierowców mijanych przeze mnie nie mrugał światłami drogowymi, a doświadczyłem tego podczas jazd innymi autami wyposażonymi w matrycowe reflektory. Wyposażeniem niewymagającym dopłaty, a również dotyczącym oświetlenia, są tak zwane dynamiczne kierunkowskazy w tylnych lampach, będące standardem nawet w podstawowej odmianie Active. Bez dopłaty w każdej wersji mamy również bezkluczykowy system otwierania i uruchamiana auta, montowany w standardzie chyba tylko po to, aby ułatwić życie złodziejom samochodów. Podstawowym wyposażeniem odmiany Style są natomiast takie elementy, jak diodowe halogeny przeciwmgłowe, kamera cofania (obydwa są w cenie również w odmianie Ambition), nawigacja satelitarna Columbus, podgrzewane przednie fotele i czujniki parkowania z tyłu i przodu pojazdu. Natomiast jeśli chodzi o systemy asystujące, to każda nowa Octavia ma na pokładzie asystent utrzymania pasa ruchu, który oczywiście uparcie aktywuje się podczas każdego uruchomienia zapłonu i tak samo uparcie nalega, aby kierowca jechał zawsze środkiem pasa, nawet wtedy, gdy musi zjechać maksymalnie do prawej krawędzi jezdni, bo wymija się akurat z ciężarówką na wąskiej drodze. Pomijam już fakt, że nawet w kodeksie drogowym stoi jak byk, że jeździ się nie środkiem pasa, a bliżej prawej strony, ale tego Skoda chyba nie doczytała. W testowanym egzemplarzu zamontowany był, będący elementem wspomnianego pakietu Selection, aktywny tempomat. O ile systemy tego typu działają dobrze i nie irytują mnie swoją aktywnością, toleruję ich obecność i nawet jej nie neguję, ale w sytuacji, gdy zbytnio wtrącają się do jazdy, muszę się na ich temat wypowiedzieć. Zaczynając od pochwał, wspomnę, że tempomat rzeczywiście spełnia swoją funkcję, utrzymując prędkość i odstęp od poprzedzającego auta bezbłędnie, ale to byłoby na tyle, jeśli chodzi o plusy. Wielką krechą jest bowiem bardzo irytujący fakt, że jeżeli na przykład na dwupasowej drodze ekspresowej chcemy wyprzedzić pojazd jadący przed nami i przepuścimy szybciej jadące auto na lewym pasie, to po zjechaniu właśnie na ten pas i rozpoczęciu manewru wyprzedzania, radar Octavii „wyłapuje” oddalający się samochód, który właśnie nas wyprzedził, i przyhamowuje auto. Wady tej nie niweluje takie ustawienie systemu, aby utrzymywał on jak najmniejszą odległość od auta jadącego z przodu. Na szczęście aktywnego tempomatu używać nie trzeba, da się go na stałe wyłączyć i o nim zapomnieć. Jeśli jednak samochód ma go na pokładzie i chcemy go używać, a dodatkowo za 2750 złotych dokupimy wyświetlacz Head-up, to na szybie czołowej będziemy mogli obserwować wskazania pokazujące, czy zachowujemy odpowiednią odległość od poprzedzającego pojazdu, czy nie za bardzo zbliżamy się do którejś krawędzi jezdni, popatrzymy sobie także na aktualną prędkość auta i wskazania nawigacji. Do niedawna takie rzeczy były w Skodzie nie do pomyślenia.

Elastyczność jednostki napędowej jest bowiem na takim poziomie, że chcąc sprawnie wyprzedzić inny samochód, nie musisz redukować przełożenia nawet wówczas, gdy jedziesz 80 km/h na 6 biegu.

Testowany egzemplarz wyposażono w najmocniejszą jak na razie jednostkę benzynową o mocy 150 KM i manualną sześciobiegową przekładnię. Obydwa te elementy układu napędowego zasługują na szereg pochwał. Przede wszystkim silnik wybija się ponad przeciętną w swojej klasie pojemności i mocy dwiema cechami. Gdy Octavią jeździ się normalnie, nie wkręcając jednostki napędowej na niepotrzebnie wysokie obroty, odwdzięcza się bardzo niskim zużyciem paliwa, nie wymagając od kierowcy jednoczesnej rezygnacji z dynamiki jazdy. Średnie zużycie paliwa na trasie pomiarowej, na której sprawdzam spalanie wszystkich testowanych samochodów, wyniosło bardzo dobre 5,6 l/100 kilometrów. Bardzo dobre dlatego, że mówimy tu o samochodzie naprawdę dużym, wyposażonym nie w jednolitrową, trzycylindrową jednostkę napędową, a w większy i w teorii bardziej paliwożerny silnik 1.5. Oczywiście nie wolno zapominać, że w oszczędzaniu benzyny pomaga mu system ACT (Active Cylinder Technology), powodujący, że w odpowiednich warunkach dwa z czterech cylindrów zostają odłączone i silnik pracuje w trybie dwucylindrowym. Moment odłączania i załączania cylindrów da się zarówno usłyszeć, jak i wyczuć, ale dzieje się to odpowiednio kulturalnie, dlatego nie przeszkadza w jeździe. W ogóle silnik pracuje cicho, i mimo że nie jest to poziom testowanej wcześniej Astry 1.2 Turbo o prawie identycznej mocy 145 KM, to hałas generowany przez jednostkę napędową Skody jest na bardzo dobrym, czytaj niskim, poziomie. Octavia 1.5 TSI jest idealnym samochodem dla tych, którzy nie lubią zmieniać biegów, a nie mogą pozwolić sobie na dopłatę do dwusprzęgłowej skrzyni DSG (na razie niedostępnej z silnikiem benzynowym). Elastyczność jednostki napędowej jest bowiem na takim poziomie, że chcąc sprawnie wyprzedzić inny samochód, nie musisz redukować przełożenia nawet wówczas, gdy jedziesz 80 km/h na 6 biegu. 250 Nm dostępnych w zakresie 1500-3500 obr/min to sporo jak na tej wielkości silnik, ale nawet ta wartość nie oddaje lekkości, z jaką Octavia „odpycha” się z dolnych rejestrów obrotomierza. Nawet jednak biorąc to pod uwagę, nie trzeba obawiać się sięgania do dźwigni zmiany biegów, ponieważ pracuje ona lekko, biegi wchodzą precyzyjnie i gładko, a skrzynia zupełnie nie absorbuje kierowcy swoim zachowaniem, co jest tylko i wyłącznie zaletą. Dzięki takiemu połączeniu jednostki napędowej i skrzyni biegów, nowa Skoda, przy swojej masie własnej wynoszącej 1357 kilogramów, jest samochodem na tyle dynamicznym, że przyspieszenie do 100 km/h załatwia w 8,2 s. Jest to wynik aż o 1,2 s lepszy od wspomnianego wcześniej, słabszego o tylko 5 KM Opla Astry, również wyposażonego w manualną 6-biegową przekładnię. Pod pewnym względem Octavia jednak Oplowi nie dorównuje. Układ jezdny Astry, który osobiście uważam za jeden z najlepszych w tej klasie samochodów, Octavia musi uznać za zwyczajnie lepszy. Dopóki porusza się ona po nawierzchni o dobrej jakości, problemu nie ma. Zachowanie samochodu nawet podczas gwałtownych manewrów jest bardzo stabilne, nowa Skoda Octavia podczas pokonywania ciasnych łuków przy wysokiej prędkości jest niewzruszona i nie przejawia pewnej cechy, którą przejawiała Scala – nie czuć lekkości tyłu jej nadwozia. Czuć za to, że najnowsza Skoda jest autem zwyczajnie większym i stabilniejszym w prowadzeniu, które trudno wyprowadzić z równowagi. Układ kierowniczy jest taki, jaki powinien być. Nie pracuje ani za lekko, ani zbyt ociężale, daje bez problemu wyczuć zachowanie przednich kół. Natomiast gdy trafimy na drogę, na której znajdują się poprzeczne nierówności, zaczyna robić się nieprzyjemnie. Jestem zaskoczony, jak Octavia reaguje na poprzeczne nierówności nawierzchni, bo chociaż poprzednia generacja również miała z ich tłumieniem lekki kłopot, to obecna ma już zwyczajnie spory problem. Szczególnie tylna oś, wyposażona w belkę skrętną, nie radzi sobie z wytłumieniem poprzecznych wybojów. Wyraźnie słychać wtedy jej pracę i czuć, że tył twardo zareagował na pojawiającą się przeszkodę w gładkim asfalcie. Na pewno swoje „trzy grosze” dorzucają w tym przypadku 18-calowe felgi i opony o profilu 45, jednak mimo to uważam, że Octavia powinna być pod tym względem bardziej dopracowana. To, że potrafi bardzo dobrze tłumić nierówności, pokazuje podczas jazdy drogami, na których występuje każda inna ich odmiana, byle nie poprzeczna. Jestem ciekaw, czy Skoda zrobi coś z tym podczas dalszej produkcji modelu, bo może się okazać, że wada ta zostanie wyłapana i zgłaszana przez klientów, co Skoda weźmie sobie do serca. Gdyby udało się ją wyeliminować, układ jezdny nowej Octavii byłby bardzo mocnym punktem samochodu.

DOBRZE SIĘ SPRZEDAĆ

W 2019 roku Skoda Octavia była najchętniej kupowanym modelem w Polsce, sprzedano jej 20 378 egzemplarzy. Nowa generacja powinna poprawić ten wynik. Może nie w tym roku, bardzo dziwnym pod kątem nie tylko motoryzacyjnym, ale ogólnie gospodarczym, natomiast w przyszłości ma na to duże szanse. Stała się co prawda samochodem rzeczywiście drogim, ponieważ przyzwoicie wyposażony egzemplarz z silnikiem 1.0 TSI o mocy 110 KM wymaga wydania 95 tysięcy złotych, a testowana wersja 1.5 TSI Style to wydatek przynajmniej 105 000 złotych. Za tę cenę otrzymujemy jednak samochód naprawdę duży z zewnątrz i z przestronnym wnętrzem, bardzo dobrym i oszczędnym silnikiem, nowoczesnymi technologiami i wyposażony w elementy niedawno niedostępne w nawet topowej wersji Skody Superb. Gdyby Skoda zdecydowała się pogrzebać w układzie jezdnym i „zmiękczyła” reakcje samochodu na poprzeczne nierówności drogi, mielibyśmy w przyszłości do czynienia z autem, które również na drodze jest w „czubie” samochodów tego segmentu. A tymczasem, na koniec, mała uwaga. Z wnęki w drzwiach kierowcy nowej Octavii zniknęła parasolka, choć ma ją na przykład mniejsza Scala, nie mówiąc o Superbie. W zamian za to, Skoda postanowiła ułatwić kierowcom zimowy okres użytkowania auta i parasolkę zastąpiła szczotką do zgarniania śniegu. W związku z obraną przez czeskiego producenta strategią walki ze śniegiem i lodem, skrobaczka pod klapką wlewu paliwa oczywiście jest na swoim miejscu. Pozostało też poczucie, że poprzez swoją wielkość samochód oferuje więcej niż konkurencja w tym segmencie. Dla wielu klientów to może, choć nie musi, być czynnikiem decydującym przy wyborze nowego samochodu. Niekoniecznie służbowego.

Tekst i zdjęcia: Arkadiusz Kucharski


PODSTAWOWE INFORMACJE

  • Silnik: benzynowy, turbodoładowany, 1498 cm3
  • Skrzynia biegów: manualna 6-biegowa
  • Moc maksymalna: 150 KM w zakresie 5000-6000 obr/min
  • Maksymalny moment obrotowy: 250 Nm w zakresie 1500-3500 obr/min
  • Przyspieszenie 0-100 km/h: 8,2 s
  • Prędkość maksymalna: 230 km/h
  • Zużycie paliwa w cyklu mieszanym WLTP: 5,8 l/100 km
  • Zużycie paliwa na trasie testowej: 5,6 l/100 km
  • Zużycie paliwa średnio w teście: 5,4 l/100 km
  • Cena samochodu w wersji testowanej 1.5 TSI 150 KM Style: od 105 000 zł
  • Cena egzemplarza testowanego: 135 150 zł

DANE TECHNICZNE
SERWIS/GWARANCJA
WARTOŚĆ REZYDUALNA
ZDJĘCIA

Opel Astra 1.2 Turbo 145 KM Elegance

ZNAJDŹ RÓŻNICE

Nowy Opel Astra przeszedł tak subtelny lifting, że samochód po modernizacji na pierwszy rzut oka nie różni się od modelu sprzed odmładzającego zabiegu. Przynajmniej z wyglądu. Omówienie tego zagadnienia na przykładzie odmiany 1.2 Turbo 145 KM Elegance. 

Dla tych, którzy jednak postawią obok siebie do porównania dwa samochody, jeden sprzed zmian, a drugi już po nich, zabawa w odnajdywanie różnic w ich wyglądzie może być wciągająca. Jeśli zaczniesz szukać zmienionych detali, z przodu samochodu znajdziesz ich najwięcej, bo tu Opel postawił na „drastyczne” modyfikacje w stylu przemodelowanych zderzaka i atrapy chłodnicy. Z tyłu szukanie zajmie Ci więcej czasu, a finalnie stwierdzisz, że poza delikatnie zmienioną stylizacją świateł różnic nie ma. Ktoś powie, że taki lifting to nie lifting i Opel robi sobie żarty, reklamując Astrę jako „nowy” samochód, ale w całym tym szaleństwie jest metoda. Wizualnie bowiem auto nie zestarzało się ani trochę, po co więc robić na siłę zmiany, które mogą przynieść skutek odwrotny do zamierzonego. Dlatego też skoncentrowano się nie tyle na stronie wizualnej, co technicznej, zmieniając paletę silnikową i listę wyposażenia mogącego zagościć na pokładzie kompaktowego Opla.

Dużo bowiem mówi się o tym, że jednostka ta ma tak potężną turbodziurę, że poniżej 2000 obr/min prawie że nie da się autem normalnie jeździć. A jest to po prostu bzdura.

Właśnie od silników trzeba zacząć w pierwszej kolejności, bo jest to temat numer jeden w przypadku odświeżonej Astry. Pod maską samochodu zagościł nowy benzynowy motor o pojemności 1199 cm3 i cylindrach w liczbie trzech, co od razu budzi skojarzenia z pewną grupą motoryzacyjną, będącą obecnie właścicielem Opla. Jeśli jednak pomyślisz, że Niemcy poszli „na skróty” i po prostu wzięli sobie z magazynów Grupy PSA bardzo dobrą jednostkę 1.2 PureTech, wielokrotnie nagradzaną tytułem Silnika Roku, pomylisz się. Poza pojemnością skokową i liczbą cylindrów silniki te nie mają ze sobą wiele wspólnego. Nowa jednostka jest dostępna w trzech wariantach mocy: 110, 130 i 145 KM. Mnie spotkała okazja pojeżdżenia akurat najmocniejszą wersją. Wszystkie odmiany dostępne są wyłącznie z manualną 6-biegową przekładnią, aby mieć Astrę z silnikiem benzynowym i automatyczną skrzynią biegów, należy wybrać wariant o mocy również 145 KM, ale o pojemności 1.4. Wtedy dostaje się w standardzie bezstopniową przekładnię. Zostając jednak w temacie mniejszej jednostki w jej najlepszej odmianie, trzeba stwierdzić, że z pewnego punktu widzenia silnik ten jest nawet lepszy od swego francuskiego krewnego. Gdyby jednak spojrzeć inaczej, jest również gorszy.

DRŻENIE, ALE NIE Z EMOCJI

Największą wadą nowego silnika jest jego kultura pracy. I wcale nie chodzi o hałas podczas jazdy, bo ten akurat jest swego rodzaju mistrzostwem świata – Astra wyposażona w tę jednostkę napędową zwyczajnie nie chce produkować dźwięków pochodzących z komory silnika. Owszem, jeśli zmusisz ją do tego zdecydowanym wciśnięciem pedału gazu, usłyszysz, że pod maską w ogóle jest silnik, ale dźwięk generowany podczas wkręcania go na wysokie obroty jest nawet przyjemny, powiedziałbym, że na swój sposób rasowy. Odnosząc się do słabej kultury pracy, zarzuty kieruję więc nie do hałasu, ale do drgań powodowanych przez silnik, szczególnie podczas rozruchu i wyłączania go. Osobiście nie korzystam na co dzień z systemów start-stop, dlatego też jeśli jesteś kierowcą czyniącym tak samo, nie odczujesz zbytnio efektu, o którym wspominam. Natomiast jeśli zależy Ci na oszczędzaniu każdej kropelki paliwa, musisz liczyć się z tym, że jeżdżąc po mieście będziesz co chwilę odczuwał, jak silnik wstrząsa nadwoziem podczas działania systemu. Podobny efekt wywołuje zbyt małe dodanie gazu podczas ruszania, na co niektóre auta są zwyczajnie niewrażliwe i ruszają z miejsca gładko i płynnie, Astra natomiast od razu daje znać, że musisz poczęstować ją większą ilością powietrza, poprzez mocniejsze uchylenie przepustnicy. Dzieje się tak szczególnie wtedy, gdy silnik nie jest rozgrzany, a sytuacja poprawia się, gdy jednostka napędowa złapie właściwą temperaturę pracy. Na szczęście dzieje się to bardzo szybko, mały silnik nie potrzebuje dużo czasu, aby zagrzać się do pracy. Tak czy inaczej, wspomniane generowanie przez motor wyraźnych wibracji jest jego największą wadą. Największą, bo jest jeszcze jedna, znacznie mniejsza, która mam wrażenie niepotrzebnie urosła do miana legendy krążącej w branży na temat nowego silnika Opla. Dużo bowiem mówi się o tym, że jednostka ta ma tak potężną turbodziurę, że poniżej 2000 obr/min prawie że nie da się autem normalnie jeździć. A jest to po prostu bzdura. Owszem, silnik do około 1800 obr/min ma pewien moment zawahania podczas głębszego wciśnięcia pedału gazu, jednak jest wiele innych, małych jednostek doładowanych, które również okazują podobną słabość. Ma ją także na przykład tak bardzo chwalony silnik 1.2 PureTech, czego doświadczyłem w Citroënie C4 Cactusie. W Astrze nie jest ona natomiast wyraźnie bardziej wyczuwalna, samochód „zbiera się” z dolnych rejestrów obrotomierza dosyć dziarsko, trzeba dać mu tylko wspomnianą krótką chwilę na złapanie oddechu. Być może słabsze wersje 110 i 130 KM sprawiają pod tym względem gorsze wrażenie i reakcja na gaz jest bardziej opóźniona, natomiast w przypadku odmiany 145-konnej, dysponującej momentem obrotowym o wartości 225 Nm, jazda w dolnym zakresie prędkości obrotowych nie jest ani uciążliwa, ani irytująca. Gdy kierowca chciałby pozbyć się całkowicie tej niewielkiej ułomności jednostki napędowej, wystarczy, że będzie utrzymywał obroty silnika na poziomie powyżej 1800 na minutę, wtedy problem znika całkowicie. 145 KM to nie jest liczba mogąca robić wrażenie, jednak Astra w tej wersji mocy potrafi być autem sprawnie pokonującym kolejne kilometry. Na uwagę zasługuje szczególnie „ciąg” silnika na trzecim biegu, który jest przełożeniem najlepszym do na przykład szybkiego wyprzedzania. Akurat na tym biegu samochód – choć to wrażenie subiektywne, nie poparte pomiarami – ma najlepszą elastyczność, niezależnie od prędkości jazdy. W utrzymywaniu silnika na właściwych obrotach pomaga 6-biegowa przekładnia, która jednak, chciałoby się rzec – jak to w Oplu – czasem potrafi haczyć. Jej przełożenia są natomiast dobrane bardzo dobrze, samochodem można spokojnie jechać 60 km/h na piątym biegu, chociaż wcale nie domaga się tego komputer pokładowy. Ten sugeruje wrzucanie poszczególnych przełożeń przy stosunkowo wyższych prędkościach, niż ma to miejsce w wielu konkurencyjnych modelach, którymi jeździłem. Astra nie namawia po prostu swego kierowcy do jazdy na jak najniższych, czasem zbyt niskich obrotach silnika, które mogłyby być dla niego szkodliwe. Na pewno nie jest to konieczne do oszczędzania paliwa, ponieważ Astra 1.2 Turbo nie pochłania dużych jego ilości nawet wtedy, gdy kierowca specjalnie się o to nie stara. Tak się złożyło, że samochodem przez tydzień pokonałem całkiem spory dystans, wynoszący 1403 kilometry i muszę stwierdzić, że gdyby Astra miała większy zbiornik paliwa, jej zasięg bez trudu przekraczałby 1000 kilometrów. Testowe zużycie wynoszące 5,1 l/100 kilometrów jest naprawdę bardzo niskie, a przy tym nie zostało osiągnięte podczas jazdy „o kropelce”. Śmiem twierdzić, że rezultaty spalania z „4” z przodu są do osiągnięcia bez większego trudu.

DLA LUBIĄCYCH JAZDĘ

Już o tym wspomniałem podczas relacjonowania wrażeń z jazdy modelem sprzed modernizacji, po liftingu Astra na szczęście tej cechy nie straciła w żadnym calu. Jest wciąż samochodem, do którego wsiada się po prostu przyjemnie, wiedząc, że trzeba ruszyć nawet w długą podróż. Prowadzenie kompaktowego Opla jest według mnie wzorem do naśladowania w tej klasie aut. Sposób, w jaki zawieszenie trzyma samochód w ryzach podczas dynamicznej jazdy, a jednocześnie jak cicho i komfortowo tłumi wszelkie nierówności nawierzchni, jest dla mnie tą cechą Opla, dla której mógłbym zrezygnować z innych jego zalet. Nietypowym rozwiązaniem nie tylko w tej wielkości samochodzie jest opcjonalny zestaw wahaczy z drążkami Watta, możliwy do zamontowania w tylnym zawieszeniu i kosztujący 1000 zł. Do kompletu i bez dopłaty Astra dokłada dobry, nie za bardzo wspomagany układ kierowniczy, który daje poczuć, co takiego aktualnie robi samochód. Sama kierownica również przyczynia się do tego, że sterowanie samochodem jest łatwe i przyjemne. W wygodnym podróżowaniu dobitnie pomagają świetne fotele. Szczególnie ten z lewej strony, wyposażony w manualną regulację długości siedziska, a także elektryczną regulację jego nachylenia i podparcia lędźwiowego. Są standardowym wyposażeniem testowanej wersji Elegance i choćby dla nich warto wybrać ten poziom wyposażenia. Testowany egzemplarz miał na pokładzie więcej elementów wartych odnotowania. W pierwszej kolejności trzeba wymienić świetnie oświetlające drogę, matrycowe reflektory LED IntelliLux, które jednak w testowanym egzemplarzu pod pewnym względem odmówiły współpracy. Otóż są one standardowo wyposażone w system automatycznego sterowania światłami drogowymi, ale testowana Astra przez cały czas upierała się, że z tego systemu korzystać nie będzie. W związku z tym, podczas nocnych jazd musiałem sam sterować włączaniem i wyłączaniem świateł drogowych. Nie żebym się za to na Opla obraził, bo akurat nie lubię, gdy auto jest ode mnie „mądrzejsze”, natomiast ktoś, kto zapłaciłby za topowe oświetlenie aż 4900 złotych, ma prawo oczekiwać, że jego działanie będzie adekwatne do ceny. Na wyposażeniu Astry znajdował się również podstawowy system nawigacji z 7-calowym ekranem dotykowym, który działa bardzo dobrze, jednak za każdym razem po ustawieniu w nim celu podróży nie byłem w stanie sprawić, aby mapa zajmowała cały centralny wyświetlacz – zawsze obok niej pojawiała się strzałka ze wskazaniem kierunku jazdy. Nawigacja ma za to pewną bardzo niewielką, ale jednak miłą niespodziankę. Z pomocą ustawień w jej menu można spowodować, że zamiast głosowego, często irytującego prowadzenia do celu, przed koniecznością zmiany kierunku jazdy ostrzeże delikatny dźwięk, sugerujący kierowcy, że trzeba spojrzeć na ekran, aby pojechać tam, gdzie prowadzi system. Kolejnym miłym akcentem dla osób parkujących swoje auto pod chmurką będzie na pewno Pakiet Zimowy, który za 1500 zł daje możliwość radowania się ciepłymi siedziskami foteli i wieńcem kierownicy w zimne poranki. Pod względem bezpieczeństwa, standardowo dostajemy na przykład zgromadzone w pakiecie elementy w stylu systemu automatycznego hamowania przy niskich prędkościach i ostrzegania przed kolizją, a także rzadko spotykany wskaźnik odległości od poprzedzającego pojazdu, w sekundach mierzący czas dzielący nas od auta z przodu. Standardowym wyposażeniem jest również „znienawidzony” przeze mnie, nieposiadający kalibracji i niedający się wyłączyć czujnik zmierzchu, który powoduje, że światła mijania czasem żyją własnym życiem. Na szczęście w większości przypadków włączają się dopiero wtedy, gdy jest to konieczne.

I DLA ŚPIOCHÓW

Wnętrze kompaktowego Opla, a dokładnie tylna kanapa, wyposażone jest w rzecz nieczęsto widywaną nawet w dużo droższych samochodach. Zewnętrzne zagłówki w oparciach kanapy wysuwają się tak wysoko, że dorosła osoba o wzroście około 180 centymetrów może śmiało oprzeć na nich głowę, a nie tylko kark, co jest przede wszystkim bezpieczne, a dodatkowo pozwala w miarę wygodnie zdrzemnąć się pasażerom w długiej trasie. W czynności tej co prawda nie pomoże ograniczona wielkością samochodu przestrzeń na nogi. Rozprostować dolnych kończyn w Astrze się po prostu nie da, ale sama kanapa jest bardzo wygodna dla dwóch osób. Przestronnością wnętrza Opel szczególnie się w swojej klasie nie wyróżnia, ale ciasno w nim również nie jest. To samo można powiedzieć o bagażniku, który pojemnością od 370 do 1210 litrów rekordów nie bije, ale jest przyzwoitym standardem klasowym. Jedno tylko po liftingu samochodu powinno się zmienić. Podłoga bagażnika powinna być bardziej sztywna, ponieważ w obecnej formie sprawia wrażenie niezbyt wytrzymałej na obciążenia i osobiście miałbym opory, aby w bagażniku Astry umieścić naprawdę ciężki przedmiot. Przydałby się również jakiś schowek lub zagłębienie na drobne przedmioty. Obsługa instrumentów auta jest natomiast tak prosta i logiczna, że tu nie trzeba było nic zmieniać. Oddzielne sterowanie bardzo wydajną klimatyzacją automatyczną, która potrafi wydawać dziwne dźwięki słyszalne podczas postoju samochodu, a którą szczególnie doceniłem w trakcie testowego upalnego tygodnia – to raz. Intuicyjnie pogrupowane funkcje w menu centralnego wyświetlacza i czytelnie opisane przyciski na kierownicy – to dwa. Elementy te pozwalają po prostu wsiąść do samochodu i nim odjechać, bez zagłębiania się w instrukcję obsługi. Szczególną uwagę zwróciłem na pewien szczegół, odróżniający Astrę od jej nowszej siostry, testowanej „chwilę” wcześniej Corsy. W większym modelu elektromechaniczny hamulec postojowy nie aktywuje się automatycznie po wyłączeniu silnika, co ma miejsce w miejskim Oplu. Jednak tak jak i mniejsza Corsa, Astra również nie ma i nie może mieć na wyposażeniu systemu auto-hold, zwalniającego kierowcę z obowiązku wciskania pedału hamulca na postoju, na przykład przed światłami.

JESZCZE „POLSKA”

Wspominałem o tym poprzednio, pisząc o modelu sprzed liftingu. Powtórzę to i tym razem. Astra wciąż jeszcze jest „polskim” samochodem. Niestety, już niedługo. Nowa generacja nie będzie zjeżdżać już z taśm w Gliwicach, dlatego jeśli chcesz nabyć auto porządnie poskładane, kupuj obecnie sprzedawaną wersję. Oczywiście trochę w tym ironii, bo zmiana miejsca produkcji nie musi oznaczać obniżenia jakości produktu, ale Opel Astra w obecnej postaci wyróżnia się jakością montażu i to naprawdę da się odczuć. Wnętrze nie wydaje bowiem praktycznie żadnych dźwięków podczas jazdy po kiepskich nawierzchniach, osoby zaznajomione z motoryzacją bez trudu mogłyby natomiast wskazać samochody tej i wyższych klas, które tej sztuki nie potrafią. Nie będziemy jednak psuć im tu i teraz reputacji. Nie odbiegając w dyskusji od niemieckiego/polskiego kompaktu dodam jeszcze, że takie rzeczy, jak dźwięk zamykanych drzwi czy sposób działania przełączników budzą same pozytywne odczucia, a to też jest „jakość”, której często się nie dostrzega. Cieszmy się więc tym modelem, póki jeszcze jest robiony u nas. To jeden z niewielu samochodów w historii polskiej motoryzacji, którym – choć nie jest naszą myślą konstrukcyjną – możemy się w jakiś sposób pochwalić. Choćby tym, że potrafimy go porządnie poskładać. Dobre i to.

Tekst i zdjęcia: Arkadiusz Kucharski


PODSTAWOWE INFORMACJE

  • Silnik: benzynowy, turbodoładowany, 1199 cm3
  • Skrzynia biegów: manualna 6-biegowa
  • Moc maksymalna: 145 KM przy 5500 obr/min
  • Maksymalny moment obrotowy: 225 Nm w zakresie 2000-3500 obr/min
  • Przyspieszenie 0-100 km/h: 9,4 s
  • Prędkość maksymalna: 220 km/h
  • Zużycie paliwa w cyklu mieszanym WLTP: 5,6 l/100 km
  • Zużycie paliwa na trasie testowej: 5,2 l/100 km
  • Zużycie paliwa średnio w teście: 5,1 l/100 km
  • Cena samochodu w wersji testowanej 1.2 Turbo 145 KM Elegance: od 90 200 zł
  • Cena egzemplarza testowanego: 108 140 zł

DANE TECHNICZNE
SERWIS/GWARANCJA
WARTOŚĆ REZYDUALNA
ZDJĘCIA

MINI Cooper SE Countryman ALL4

MĘSKIE MINI

Z całej gamy brytyjsko-niemieckiej marki to właśnie Countryman jest modelem, w którym prawdziwy facet może poczuć się naprawdę dobrze. Nie twierdzę, że w innych modelach jest to niemożliwe, ale tu po prostu najłatwiejsze. MINI Cooper SE Countryman ALL4 w teście.

Czarny metalizowany lakier. Duże, polakierowane w dwóch kolorach felgi. Srebrny dach i obudowy lusterek zewnętrznych. Przyciemnione tylne szyby. Literka „S” na klapie bagażnika i atrapie chłodnicy. Co prawda w dziwnym odcieniu, oznaczającym hybrydową odmianę modelu, ale jest. Brązowa skórzana tapicerka z przeszyciami i lamówkami dającymi do zrozumienia, że siedzisz w drogim samochodzie. Wszystko to są wyróżniki testowanego egzemplarza, które powodują, że siedząc w takim MINI, jesteś w swoim świecie nawet wtedy, gdy bardzo zależy Ci, aby nikt nie powiedział kiedyś, że masz „babski” samochód. Taka konfiguracja jest jedną z najbardziej „męskich”, jakie w MINI można w ogóle mieć, dlatego też, gdybym miał takie auto kupić, pewnie zdecydowałbym się właśnie na tak lub podobnie wyglądający egzemplarz. Pozostawiając jednak z boku kwestię postrzegania motoryzacji pod kątem „płci”, muszę stwierdzić, że nawet gdyby to MINI było różowe, byłoby jednym z najlepszych samochodów, jakie miałem w rękach – pod kątem właściwości jezdnych oczywiście.

Na brukowanej nawierzchni najbardziej da się odczuć zamysł inżynierów projektujących układ jezdny Countryman’a. Nie masz wtedy wątpliwości, że to nie komfort tłumienia nierówności był ich priorytetem, ale ani na chwilę się temu nie dziwisz. A już na pewno nie masz im tego za złe.

Są one bez wątpienia jednym z głównych wyróżników tego samochodu, czyniących go autem po prostu wyjątkowym. Chociaż testowany egzemplarz ma coś innego, na czym przede wszystkim powinienem skoncentrować swoją uwagę, nie było to ani przez chwilę tematem przewodnim podczas jazd Countryman’em. To nie „ładowana hybryda” była tym, czym ten samochód w pierwszej kolejności do mnie przemawiał. To auto bowiem wciąż „kupuje” mnie przede wszystkim tym, jak jeździ, a nie tym, co akurat w danej chwili je napędza. Od czasu, gdy miałem sposobność poznać się bliżej z wersją SD, napędzaną dwulitrowym, 190-konnym silnikiem wysokoprężnym, minęły ponad dwa lata, a ja wciąż nie zapomniałem wrażeń, jakie tamten samochód mi zaserwował. Tym przyjemniej było wsiąść do nowego, mającego raptem lekko ponad 500 kilometrów przebiegu Countryman’a SE. Coś jest w autach tej marki, że gdy nie jeździsz nimi długo i znów usiądziesz za ich kierownicą, czujesz, że coś Cię w motoryzacyjnym życiu omijało… Ale zostawmy te rozważania, po prostu jedźmy.

NA DRODZE JAK NA TORZE

19-calowe felgi i sztywne resorowanie mają to do siebie, że na większych nierównościach MINI daje odczuć, że do podróżowania powinieneś wybierać lepszej jakości drogi. Na brukowanej nawierzchni najbardziej da się odczuć zamysł inżynierów projektujących układ jezdny Countryman’a. Nie masz wtedy wątpliwości, że to nie komfort tłumienia nierówności był ich priorytetem, ale ani na chwilę się temu nie dziwisz. A już na pewno nie masz im tego za złe. Bo gdy bruk się kończy i zaczyna asfalt, rozumiesz, że chwilowe niedogodności, które crossover MINI niejako wymusza swoim charakterem, są po prostu nieważne. Już po krótkiej chwili, gdy koła znów zaczynają toczyć się po gładkim, wypatrujesz pierwszego lepszego zakrętu z niecierpliwością, a gdy droga przed Tobą jest przez długi czas uparcie prosta, wręcz z tęsknotą. MINI Countryman daje się prawdziwie poznać bowiem tylko wtedy, gdy jazda nim nie jest monotonna. Opony w rozmiarze 225/45 R19, umożliwiające jazdę po przebiciu, dokładają swoje „trzy grosze” do sztywności resorowania, ale naprawdę się przydają, o czym mogłem przekonać się osobiście, gdy w jedną z nich podczas jazdy wbiła się śruba. Da się wtedy bez problemu kontynuować jazdę i nie trzeba bawić się w zmianę koła, albo – o zgrozo – używanie jakiejś pianki i kompresora, które rzekomo miałyby pomóc. Mogę się jednak założyć, że nawet na „zwykłych” oponach auto nie traci pazura i prowadzi się równie wyśmienicie. W takim odbiorze samochodu bardzo pomaga świetny układ kierowniczy. Zmienia on swoje zachowanie w zależności od tego, jaki tryb jazdy akurat ustawisz. Tryby są trzy: GREEN, MID i SPORT, a do ich szybkiej zmiany służy oddzielny przełącznik umieszczony w rzędzie stylowych, świetnie wyglądających, jemu podobnych braci. Tryb GREEN polecam w zasadzie tylko osobom, które bardzo na serio potraktują kwestie oszczędzania paliwa, szczególnie kupując wersję hybrydową. Najłagodniejszy tryb jazdy ma bowiem pewne cechy, które mogą nie przekonać do niego kierowców, chcących przede wszystkim czerpać z nieprzebranych pokładów „gokartowej frajdy z jazdy”. Układ kierowniczy jest „miększy”, zmiany biegów nastawione przede wszystkim na oszczędzanie paliwa, a tryb „żeglowania”, czyli odłączania napędu podczas jazdy bez wciskania pedału gazu, ma pewną cechę, mogącą powodować irytację. W momencie, gdy jadąc „na luzie” wciśniesz pedał gazu – nawet delikatnie – następuje bowiem niewielkie przyhamowanie auta, które nie tyle jest szarpnięciem pochodzącym z układu napędowego, a właśnie przyhamowaniem – zupełnie, jak gdybyś na ułamek sekundy wcisnął hamulec. Można z tym oczywiście żyć, ale efekt jest zauważalny. Na szczęście nie występuje w pozostałych dwóch trybach jazdy, a szczególnie tryb SPORT pozbawia układ napędowo-jezdny wszelkich ułomności. Gdy hybrydowe MINI przestawisz w tryb „maximum attack”, możesz być pewien, że kierownica nagle zacznie „ważyć” w dłoniach, reakcje na gaz będą ostre, a samochód odda Ci we władanie wszystkie dostępne oktany i elektrony razem wzięte. W sumie nazbierać się tego może 220 KM, ale tylko w przypadku, gdy w akumulatorze pozostało wystarczająco dużo energii, aby z Countryman’a uczynić auto ponad 200-konne. W przeciwnym wypadku, zakładając najczarniejszy scenariusz, do walki stanie tylko 125 KM benzynowego trzycylindrowego silnika o pojemności 1.5. Podczas jazd testowych ani razu się to jednak nie zdarzyło, zapewne dlatego, że akumulatory są prawie cały czas doładowywane. Oczywiście nie na tyle, żeby chcąc często jeździć na „prądzie”, MINI nie wymagało ładowania z zewnątrz. Osiągi samochodu „zatankowanego” elektronami są dosyć imponujące. Szczególnie elastyczność, która przy wykorzystaniu jedynie napędu spalinowego byłaby raczej mierna, w chwili gdy do pracy zabiorą się obydwa źródła napędu, jest naprawdę bardzo dobra. Wręcz zaskakująco dobra. Silnik elektryczny o mocy 95 KM i momencie obrotowym 165 Nm jest poważnym „zasilaczem” jednostki spalinowej i to po prostu czuć. Pierwsza setka, według danych fabrycznych, pojawia się na liczniku po 6,8 s, ale wartość ta nie robi takiego wrażenia, jak początek rozpędzania ze startu zatrzymanego. Silnik elektryczny nie czeka na spalinowy i przekazuje na tylne koła siłę napędową szybciej niż benzynowa jednostka przekaże swoją moc na przednie. Jeżdżąc w ten sposób przez cały czas oczywiście doprowadzimy do momentu, gdy na placu boju pozostanie już tylko napęd benzynowy, dlatego też warto wiedzieć, jak dodać samochodowi zastrzyku energii. Akumulator ją gromadzący ma pojemność 10 kWh „brutto”, czyli tylko teoretyczną, a naładować można go z domowego gniazdka w około 5 godzin. Standardowym wyposażeniem auta jest 1-fazowy przewód do ładowania, który opcjonalnie można zastąpić 3-fazowym. MINI twierdzi, że na samym prądzie auto przejedzie nawet 48 kilometrów, ale wartość tę należy traktować z przymrużeniem oka. Realny elektryczny zasięg samochodu użytkowanego w mieście, i to użytkowanego w sposób, do jakiego MINI wciąż kusi, wynosi około 20-25 kilometrów. O rozdysponowaniu energii elektrycznej kierowca może decydować sam lub pozostawić tę kwestię komputerowi. W tym samym rzędzie, w którym umieszczono przełącznik trybów jazdy, umieszczono również „pstrykacz” obsługujący tryby jazdy hybrydowej. Za jego pomocą można zmusić auto do jazdy wyłącznie elektrycznej, wyłącznie spalinowej – aby zostawić energię w akumulatorze na później – albo pozostawić decyzję systemowi, który odłączy silnik spalinowy, gdy uzna to za stosowne. Można również samemu zdecydować o tym, czy auto ma akustycznie ostrzegać pieszych o swojej obecności podczas korzystania z napędu elektrycznego, czy też nie. Stosowną opcję wyboru można odnaleźć w menu centralnego wyświetlacza. Bardzo rozbudowanym menu, trzeba przyznać.

CHARAKTERYSTYCZNA OBSŁUGA

MINI Cooper SE Countryman, jak każde MINI, jest samochodem-gadżetem, choć jednocześnie potrafi być bardzo poważnym środkiem transportu. Jako auto-zabawka ma jednak przynajmniej kilka rozwiązań, których nie sposób spotkać w innej marce samochodów, a które nadają pojazdom tego producenta pewnego specyficznego charakteru. Gdy człowiek usiądzie w wygodnym fotelu i rozejrzy się po wnętrzu, dostrzeże, że wszędzie, gdzie tylko się da, widać krągłości – zupełnie jak na nadwoziu. Można odnieść wrażenie, że całe auto zrobiono w jednym zamyśle stylistycznym i raczej nie będzie to wrażenie mylne. Zarówno nadwozie, jak i kabina MINI, mają mnóstwo smakowitych detali. Testowany egzemplarz, wyposażony w opcjonalny pakiet MINI Yours Trim za 20 050 złotych, jest pod tym względem jeszcze lepiej doprawiony. Oznaczenia wspomnianego pakietu znaleźć można na felgach, szybach bocznych i dywanikach auta, nie są więc nachalne, ale sam pakiet, oprócz znaczków, zawiera w sobie o wiele więcej. Z zewnątrz widać przede wszystkim 19-calowe felgi. Po otwarciu drzwi głównym elementem zestawu okazują się natomiast sportowe skórzane fotele, spełniające swoją funkcję, czyli dobrze trzymające kierowcę i pasażera podczas jazdy, a jednocześnie efektownie wyglądające. Plusem wnętrza tak skonfigurowanego MINI jest to, że bez dodatkowej dopłaty można wybrać jeden z kilku kolorów skórzanej tapicerki. Bez trudu da się zauważyć podświetlane listwy ozdobne w kolorze czarnego lakieru fortepianowego, czy też specjalną kierownicę. Wspomniane listwy po zmroku dają ciekawy efekt wizualny, bowiem – jak to w MINI – można wybrać jeden z kilkunastu kolorów ambientowego oświetlenia wnętrza. Jak ważny to szczegół, można się domyślić po tym, że producent zastosował oddzielny przełącznik na podsufitce, służący do zmiany kolorów diod oświetlających kabinę. W celu zobaczenia efektów zabawy nim, zapraszam do galerii. Ogólna obsługa samochodu na pierwszy rzut oka może wydać się skomplikowana, ale jest tak tylko dlatego, że deska rozdzielcza wygląda dość niezwykle. Całe menu systemu multimedialnego oparte jest na sprawdzonych założeniach zapożyczonych z BMW, a do jego obsługi służy centralne pokrętło otoczone przyciskami – zupełnie jak w autach z Monachium. Dzięki temu, po chwilowej dezorientacji, łatwo można się w tym wszystkim odnaleźć, ale pod warunkiem, że nie próbujemy przestawiać czegoś podczas jazdy. System, jak dobry by nie był, wymaga bowiem zwrócenia na siebie uwagi, czego nie można uznać za bezpieczne podczas jazdy. Za kierownicą umieszczono charakterystyczne dla MINI zegary, dosyć minimalistyczne, ale wystarczająco czytelne. W wersji hybrydowej, zamiast standardowego obrotomierza, kierowca widzi wskaźnik pokazujący stopień naładowania akumulatora i strzałkę, która swoją wędrówką po skali wskazuje, jak mocno w danej chwili wykorzystywany jest potencjał układu napędowego. Klasyczne zegary można zastąpić ich cyfrową odmianą, co w przypadku wybrania pakietu Connected Plus za 9700 zł będzie standardem. Testowany egzemplarz co prawda wspomniany pakiet miał na pokładzie, ale pochodził jeszcze chyba z innego tak zwanego roku modelowego, ponieważ nie zawierał on wspomnianych cyfrowych zegarów. Obecnie są już elementem zestawu, wraz z nawigacją satelitarną, bezprzewodowym ładowaniem smartfona i usługami ConnectedDrive. A dla tych, którzy lubią bujać w obłokach, MINI przygotowało duży panoramiczny dach, kosztujący 4410 złotych. Na tym tle niejako prezentem jest srebrny lakier na dachu i obudowach lusterek zewnętrznych za skromne 670 złotych.

RODZINNY?

To trudne pytanie. Sama przestronność wnętrza jest jak na MINI naprawdę dobra, a nawet porównując auto z rywalami, nie można uznać je za ciasne. Bagażnik mieszczący 405 litrów też nie jest wcale taki mały, ale mimo to MINI swoim charakterem nie sprawia wrażenia auta rodzinnego, choć czysto teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, aby pełniło taką rolę. Trzeba jedynie wytłumaczyć dzieciom, że jeśli już pójdą spać podczas dłuższej podróży, może okazać się, że MINI urządzi im pobudkę z powodu sztywnego resorowania. To auto nie sprawdzi się w roli grzecznego samochodu, przyjaznego pod każdym względem dla milusińskich. Dodatkowo przeszkadzać w dłuższych podróżach może fakt, że już od prędkości 90 km/h słychać wyraźne szumy powietrza opływającego nadwozie, co nie jest cechą sprzyjającą śpiochom na pokładzie. Ale jeśli dzieci jeszcze nie masz, albo są one już w takim wieku, że zamiast marudzić będą w trasie żyły jazdą, kupuj śmiało MINI Countryman’a. O ile oczywiście Cię stać. 220 190 złotych to wartość testowanego egzemplarza, mającego w bród wyposażenia i ikry. Jeśli jesteś w stanie zadowolić się tym, co hybrydowe MINI ma w standardzie, wydasz zaś przynajmniej 153 900 złotych. Zapomnij jednak o tym, że nie dokupisz żadnej opcji – konfigurator modelu jest tak bogaty, a opcje tak przemyślane, żebyś nie zatrzymał się na wyborze jedynie wersji silnikowej.

Tekst i zdjęcia: Arkadiusz Kucharski


PODSTAWOWE INFORMACJE

  • Silnik spalinowy: benzynowy, turbodoładowany, 1499 cm3
  • Skrzynia biegów: automatyczna 6-biegowa
  • Moc maksymalna napędu hybrydowego: 220 KM w zakresie 5000-5500 obr/min
  • Maksymalny moment obrotowy: 385 Nm w zakresie 1500-3800 obr/min
  • Przyspieszenie 0-100 km/h: 6,8 s
  • Prędkość maksymalna: 196 km/h
  • Zużycie paliwa w cyklu mieszanym WLTP: 1,9 l/100 km
  • Zużycie paliwa na trasie testowej: 5,1 l/100 km
  • Zużycie paliwa średnio w teście: 6,6 l/100 km
  • Cena samochodu w wersji testowanej SE ALL4: od 153 900 zł
  • Cena egzemplarza testowanego: 220 190 zł

DANE TECHNICZNE
SERWIS/GWARANCJA
WARTOŚĆ REZYDUALNA
ZDJĘCIA

Opel Corsa 1.2 Turbo 100 KM AT8 Elegance

PARADOKS

Nowy Opel Corsa jest naprawdę innym Oplem Corsą niż kiedyś. Jak to mówią – to widać, słychać i czuć. Zaryzykuję stwierdzenie, że na tyle innym, aby za jego kierownicą dobrze czuł się każdy, nawet jeśli jego ostatnia liczba porządkowa w numerze PESEL nie jest parzysta.

Z tym bywało wcześniej różnie. Absolutnie nie szufladkuję ani poprzednich generacji tego modelu, ani jego użytkowników, natomiast moim zdaniem Corsa była do tej pory samochodem po prostu kobiecym. Wersje specjalne, na przykład ta sygnowana przez Opel Performance Center, niewiele zmieniały. Pomijając przedstawicieli handlowych, zdecydowanie większą grupę kierowców miejskiego Opla, zauważanych przeze mnie na drogach, stanowią kobiety. Trudno się temu dziwić, ponieważ dotychczas model ten miał cechy przyciągające głównie płeć piękną. Teraz jest inaczej, a rzekłbym nawet – na szczęście inaczej. Co prawda wygląd auta nadal będzie przemawiał raczej do kobiecych zmysłów, natomiast po zajęciu miejsca za kierownicą, nawet w egzemplarzu polakierowanym na pomarańczowo, męski osobnik nie powinien kręcić nosem. I nie o wygląd kabiny tu chodzi.

O ile łagodniejsze nierówności, najlepiej te wzdłużne, tłumione są bardzo dobrze, o tyle poprzecznych uskoków i wybojów Corsa po prostu nie lubi i wcale tego nie ukrywa.

Zaczynając jazdę nową Corsą, spodziewałem się czegoś innego. Samochód z zewnątrz, we wspomnianej kolorystyce nadwozia, z czarnym dachem, na większych niż standardowe, 16-calowych felgach, wygląda dość jednoznacznie. Gdyby auto było w innym kolorze, niekoniecznie powiedziałbym, że kojarzy mi się z samochodem dla Pań. Ale ten lakier, nazwany przez Opla „Power”, robi swoje. Widać więc, że nowa Corsa nie chce utracić dotychczasowych klientów. Przepraszam – klientek. Natomiast po ruszeniu z miejsca, byłem niejako zdezorientowany. Świadomość, że mam do czynienia z całkowicie nową konstrukcją oczywiście miałem, ale nie zapomniałem jeszcze wrażeń z jazdy bratnim Peugeotem 208, tym bardziej moja dezorientacja narastała. Nowa Corsa na tle poprzedniej generacji miejskiego Opla, a nawet nowej „208”, jawi się bowiem jako samochód albo zupełnie inny – to w pierwszym przypadku – albo o innym charakterze – to w drugim. I o ile spodziewałem się całkowitej odmiany aktualnego modelu względem poprzedniego, o tyle względem miejskiego Peugeota już nie. Ponieważ Corsa, w odróżnieniu od niego nie stawia na komfort pracy zawieszenia, można czerpać z jazdy nią naprawdę sporą przyjemność – nawet jeśli jest to jazda dynamiczna. Warunkiem jest, aby droga, po której porusza się auto, była w miarę równa, a także to, żeby od silnika nie oczekiwać fajerwerków. O ile łagodniejsze nierówności, najlepiej te wzdłużne, tłumione są bardzo dobrze, o tyle poprzecznych uskoków i wybojów Corsa po prostu nie lubi i wcale tego nie ukrywa. Pierwszego dnia testu, gdy zupełnie nieplanowanie zapędziłem się na boczną drogę w małej podwarszawskiej miejscowości, miałem okazję się o tym przekonać. Podczas jazdy po złej nawierzchni, krótki rozstaw osi i sztywne resorowanie sprawiają wrażenie, jakby auto podskakiwało na nierównościach. Dlatego też Corsa o dziwo lepiej sprawuje się jako samochód na dłuższą trasę.

WYJAŚNIENIE PARADOKSU

Trochę to zaskakujące, ale rzeczywiście było tak, że samochodem tym lepiej jeździło mi się poza miastem, gdzie drogi są pozbawione nagminnie występujących poprzecznych uskoków w typie torów tramwajowych czy zapadniętych studzienek kanalizacyjnych. W dłuższej trasie twardsze nastawy zawieszenia, które w jeździe miejskiej odbiera się jako wadę, zaczynają jawić się jako zaleta. Prowadzenie samochodu ma bowiem w sobie coś z aut kompaktowych, w dodatku tych obdarzonych dobrym układem jezdnym. Co prawda układ kierowniczy działa lekko, ale nie ma w tym zbytniej przesady. Gdy jest ku temu okazja i na pustej drodze pojawia się możliwość sprawdzenia zachowania auta podczas nagłych manewrów, da się wyczuć, że rozstaw osi jest krótki, ale stabilność samochodu na tym nie cierpi. Zmuszana, Corsa oczywiście pokaże podsterowność lub nadsterowność, zależnie od tego, co robi kierowca, ale trzeba podkreślić, że auto jest łatwe do opanowania, nawet gdy zapędzi się je pod ścianę. Dodatkową cechą sprzyjającą jeździe pozamiejskiej jest cicho pracujący silnik. Trzycylindrowe 1.2 turbo, które można spotkać chociażby w samochodach Peugeota i Citroëna, to świetny i wielokrotnie nagradzany motor. W wersji o mocy 100, a matematycznie rzecz ujmując 101 KM, nie rozpieszcza jednak osiągami. Auto nabiera prędkości poprawnie, ale bez rewelacji, natomiast uczciwie trzeba przyznać, że nie do tego je stworzono. Automatyczna ośmiobiegowa skrzynia do samochodu miejskiego zdecydowanie pasuje, natomiast do nowej Corsy, która takim autem owszem jest, ale jednak nie tylko takim, już niekoniecznie. Jej praca jest płynna, jednak nie zawsze. Skrzyni zdarza się zmieniać przełożenia z lekkim szarpnięciem, dzieje się to szczególnie wtedy, gdy zmiana biegu następuje przy wyższych obrotach, lub gdy podczas spokojnej jazdy wciśniemy mocno pedał gazu. Reakcja na kickdown jest lekko opóźniona i prawie zawsze towarzyszy jej wspomniane szarpnięcie z układu napędowego. Jednak gdy autem jeździ się spokojnie, można w ogóle zapomnieć, że ma ono jakąkolwiek skrzynię biegów. Jeżeli podczas normalnej jazdy nie chcemy wtrącać się w to, co robi przekładnia, czyli nie będziemy używać manualnego trybu zmiany przełożeń za pomocą dźwigienek przy kierownicy, auto urzeknie płynnością jazdy. Osiem biegów do przodu, które kiedyś były nie do pomyślenia nawet w limuzynach wyższej klasy, dają małemu Oplowi możliwość utrzymywania silnika na niskich obrotach nawet podczas szybszej jazdy. Przy 120 km/h mamy na obrotomierzu jedynie 2000 obr/min, co w połączeniu ze wspomnianym świetnym wyciszeniem silnika, pozwala odpocząć w trasie od hałasów układu napędowego. Niestety w hałasowaniu silnik jest wtedy zastępowany przez nadwozie, wokół którego opływające powietrze nie potrafi zachowywać dobrych manier. Lewe zewnętrzne lusterko jest pod tym względem miejscem szczególnym. To z jego okolic kierowcę dobiegają największe szumy, szmery i świsty. Gdyby nie ten fakt, w pozamiejskich podróżach Corsa byłaby autem wręcz zadziwiająco cichym. Zarówno podczas dalszych wypadów, jak i w miejskich korkach, kierowca ma do dyspozycji coraz bardziej popularne rozwiązanie w postaci trybów jazdy. Przełącznik do ich zmiany umiejscowiono wygodnie przy dźwigni/joysticku zmiany biegów. Tryby są trzy: Eco, Normalny i Sport. Jazda w trybie Eco różni się od jazdy w trybie Normalnym głównie tym, że reakcje samochodu na wciskanie pedału gazu są jakby filtrowane. Auto oczywiście przyspiesza i to nawet sprawnie, ale przełączenie na tryb Normalny od razu pokazuje różnicę. Na pedale gazu nie czuć takiego oporu, a samochód dużo chętniej reaguje na ruchy prawej stopy. Tryb Sport jest w aucie tego typu lekką przesadą, ale skoro jest, można z niego korzystać. Trzeba się wtedy przygotować na to, że skrzynia biegów będzie utrzymywała niższe przełożenia, na każde wciśnięcie gazu auto będzie reagować dość narowiście i biegi będą redukowane nawet wtedy, gdy w zasadzie nie ma takiej potrzeby. Że Corsa nie jest jednak autem usportowionym, widać choćby po tym, że nawet w trybie Sport i manualnej opcji pracy skrzyni biegów, zmieni ona przełożenie na wyższe samoczynnie, po osiągnięciu maksymalnych obrotów silnika. Można to uznać za ukłon w stronę kierowców, którzy przyzwyczajeni do obecności automatycznej skrzyni, zapomną na czas włączyć wyższy bieg.

KLASOWE WNĘTRZE

Określenie „klasowe” nie zostało użyte w celu podkreślenia jakości, z jaką stykają się kierowca i pasażerowie nowego Opla. Ta jest bowiem przeciętna. Chodzi tu po prostu o stwierdzenie, że przedział pasażerski Corsy jest jak w aucie tej klasy. Pod względem ilości przestrzeni z przodu nie ma się do czego przyczepić, choć spokrewniony Peugeot 208 sprawiał wrażenie jeszcze bardziej przestronnego. Decydującą rolę gra tu ukształtowanie deski rozdzielczej, ta w Corsie wydaje się być bliżej kierowcy. Natomiast z tyłu, zarówno w jednym, jak i w drugim aucie, jest tak samo mało miejsca na nogi pasażerów, co wyraźnie widać w zestawieniu z na przykład Seatem Ibizą. Zdecydowaną zaletą kabiny Opla jest za to jej przemyślane rozplanowanie. W aucie jest kilka pojemnych schowków, te w drzwiach przednich spokojnie pomieszczą 1,5-litrową butelkę i jeszcze zostanie miejsce na kilka szpargałów. Hitem jest jednak ogromny wręcz, jak na auto tej klasy, schowek w desce rozdzielczej, znajdujący się przed fotelem pasażera. Tak głęboki trudno spotkać nawet w typowym VAN-ie. Oczywiście największym schowkiem jest bagażnik, jednak jego 309 litrów to obecnie nie jest wynik, którym można się chwalić. Plusem jest natomiast fakt, że zamiast zwykłego zestawu naprawczego, może on kryć pełnowymiarowe koło zapasowe – wystarczy dopłacić 500 złotych. Jeszcze większym plusem są fotele Opla. Marka ta chyba słynie już z produkowania samochodów, w których fotelach można siedzieć długimi godzinami i wysiadać z nich bez zmęczenia. Corsa nie jest tu wyjątkiem. Fotele w wersji wyposażenia Elegance mają szeroki zakres regulacji ustawień i – co może mniej potrzebne – co najmniej pół-skórzaną tapicerkę. Oczywiście jest to pół-skóra ekologiczna, ale wizualny efekt jej zastosowania jest całkiem przyjemny. Na kierownicy mamy już za to najprawdziwszą skórę, co w połączeniu z wyprofilowaniem jej wieńca i odpowiednio dobraną grubością daje miły rezultat podczas manewrowania samochodem. Wyposażenie we wspomnianej odmianie Elegance jest dosyć bogate już seryjnie, szczególnie jeśli mowa o systemach asystujących. Są tu takie wynalazki, jak system wykrywania pieszych i automatycznego hamowania przy niskich prędkościach, system wykrywania zmęczenia kierowcy (wzbudzający czasem niepotrzebne alarmy i nie dający się wyłączyć na stałe) i układ rozpoznawania znaków drogowych. W pakiecie z kamerą cofania, układem ostrzegania o obecności innego auta w martwym polu widzenia lusterek zewnętrznych, przednimi i tylnymi czujnikami parkowania oraz elektrycznie składanymi lusterkami, można mieć również adaptacyjny tempomat z systemem utrzymania auta na pasie ruchu. Działa on płynnie, nie powoduje niepotrzebnych nagłych manewrów na jezdni, a co ważne, można go w każdej chwili bez trudu dezaktywować oddzielnym przyciskiem, umieszczonym przy dźwigni zmiany biegów. Niestety wszystko to kosztuje łącznie 4600 złotych, co podczas rozmowy w salonie o samochodzie klasy B, może być kwotą robiącą różnicę przy kasie. Żeby Corsa wyglądała tak efektownie, jak ta na zdjęciach, trzeba dopłacić. Chociaż pomarańczowy lakier jest gratis, to za dwukolorowe nadwozie, czyli dach w czarnym lub białym kolorze, trzeba wyłożyć 2100 złotych. W wyposażeniu seryjnym są za to bardzo dobre reflektory wykonane w technologii LED. Jakość jazdy w nocy na wyższy poziom podnoszą natomiast reflektory matrycowe, co w tej klasie samochodów jest ewenementem. Kosztują 3000 złotych, ale dla kogoś, kto rzeczywiście potraktuje Corsę jak samochód pozamiejski, mogą nie być zwykłym bajerem. Z bardziej nietypowych jak na ten segment elementów wyposażenia, warto wymienić również podgrzewaną kierownicę, którą w pakiecie z podgrzewanymi fotelami otrzymuje się za skromne 800 zł. Samochód zapewnia możliwość konfiguracji działania wielu opcji wyposażenia, a dokonuje się tego przeważnie za pomocą dotykowego centralnego ekranu. Aby odróżnić się od modnych, wystających ponad kokpit kolegów w wielu obecnie produkowanych samochodach, schował się w desce rozdzielczej, zupełnie jak gdyby się czegoś wstydził. Tego akurat nie uważam za wadę, ponieważ jeszcze nie przywykłem do ekranów systemów multimedialnych, które wystając z deski rozdzielczej są głównym elementem wnętrz w wielu współczesnych samochodach. Dużym plusem jest to, że za pomocą ekranu nie trzeba obsługiwać ustawień klimatyzacji. Zarówno standardowa manualna, jak i automatyczna jej odmiana, kosztująca 1400 zł, ma tradycyjnie rozwiązany sposób sterowania za pomocą oddzielnego panelu z pokrętłami i przyciskami, za co Oplowi należą się duże brawa. Nie poszedł on bowiem w ślady miejskiego kolegi ze znaczkiem Peugeota, który kazał mi ustawiać temperaturę w swoim wnętrzu tylko za pomocą wirtualnych przycisków. Małym minusem jest działanie elektromechanicznego hamulca postojowego, który uruchamia się przy każdorazowym wyłączeniu silnika, a któremu brakuje funkcji auto-hold. Przed światłami trzeba trzymać wciśnięty pedał hamulca, auto nie wyręczy kierowcy z tego obowiązku.

UNIFIKACJA

Powyższe słowo to swoisty klucz do zrozumienia działań podejmowanych dziś przez koncerny motoryzacyjne. Na przykładzie porównywanych już w tym tekście Opla Corsy i Peugeota 208, można jednak stwierdzić pewien fakt, który daje nadzieję na to, że za kilkanaście lat nie będziemy wszyscy jeździć takimi samymi samochodami, opatrzonymi jedynie różnymi znaczkami producentów. Bowiem nowy Opel Corsa, mimo że technicznie jest 100% bliźniakiem „208”, różni się od niej dość znacznie. Oczywiście bez trudu da się rozpoznać, zarówno po linii bocznej, jak i detalach nadwozia, że to spokrewnione samochody, ale unifikacja w tym przypadku nie poszła zbyt daleko. Opel podkreśla, że po dołączeniu do Grupy PSA jego samochody zachowały odmienny charakter i trzeba przyznać mu rację. Nowa Corsa jest tego dobrym przykładem. Wnętrze miejskiego Opla jest mocno odmienne od wnętrza francuskiego brata, zestrojenie zawieszenia również. To, co w Peugeocie jest dobre, akurat Opel skopiował i nie można mieć mu tego za złe. Mowa o silniku, który choć nie jest mistrzem przyspieszeń, pozwala sprawnie napędzać ważący 1154 kilogramy samochód, dość oszczędnie obchodzi się z paliwem i podczas mocnego przyspieszania całkiem przyjemnie brzmi, a kiedy trzeba, jest bardzo cichy. Natomiast jako całość, Corsa jest w porównaniu do „208” samochodem po prostu innym. Dobrym, nowoczesnym, dającym przyjemność podróżowania w długiej trasie, czego niektórzy jej konkurenci nie są w stanie zapewnić. Jako auto miejskie, mogłaby mieć bardziej komfortowe zawieszenie, ponieważ w obecnej formie może być ono przesadnie sztywne dla osób korzystających z auta głównie w aglomeracjach, gdzie ulice niestety nie zawsze remontuje się na czas. I super byłoby, gdyby była tańsza, bo 85 350 złotych, jakie trzeba wydać na testowany egzemplarz, to duża kwota, nawet biorąc pod uwagę mnogość wyposażenia dodatkowego i automatyczną skrzynię biegów. Wyjściowa cena Corsy 1.2 Turbo 100 KM Elegance z sześciobiegową manualną skrzynią to 69 150 złotych, co brzmi już zdecydowanie lepiej. Drogie Panie (i nie tylko), Opel zaprasza do salonów.

Tekst i zdjęcia: Arkadiusz Kucharski


PODSTAWOWE INFORMACJE

  • Silnik: benzynowy, turbodoładowany, 1199 cm3
  • Skrzynia biegów: automatyczna 8-biegowa
  • Moc maksymalna: 101 KM przy 5500 obr/min
  • Maksymalny moment obrotowy: 205 Nm przy 1750 obr/min
  • Przyspieszenie 0-100 km/h: 10,8 s
  • Prędkość maksymalna: 192 km/h
  • Zużycie paliwa w cyklu mieszanym WLTP: 6,2 l/100 km
  • Zużycie paliwa na trasie testowej: 5,6 l/100 km
  • Zużycie paliwa średnio w teście: 5,8 l/100 km
  • Cena samochodu w wersji testowanej 1.2 Turbo 100 KM AT8 Elegance: od 75 350 zł
  • Cena egzemplarza testowanego: 85 350 zł

DANE TECHNICZNE
SERWIS/GWARANCJA
WARTOŚĆ REZYDUALNA
ZDJĘCIA

Peugeot Rifter Active 1.5 BlueHDi 100

BLIŹNIAKI CZTEROKOŁOWE

Wraz z Oplem Combo Life i Citroënem Berlingo, stanowi rodzinę samochodów należących w koncernie PSA do świata osobówek, ale wywodzących się z rodu dostawczaków. Peugeot Rifter, bo o nim mowa, nie jest jednak bliźniakiem nie do odróżnienia od pozostałej dwójki. Ma swój odrębny styl. Styl Peugeota – a jakże.

Już nie nazywa się Partner, jak poprzednie generacje osobowych odmian lekkiego auta dostawczego Peugeota. Nazwa ta została, ale noszą ją już tylko dostawcze odmiany modelu, natomiast dla odróżnienia wersji służącej przede wszystkim do przewozu osób, Peugeot postanowił ją zmienić i od najnowszego wcielenia auta mamy do czynienia z Rifterem. Może być to zabieg mylący dla niezbyt zorientowanych w temacie, bowiem nie zmieniła się zasadnicza kwestia, a mianowicie fakt, że Rifter to nadal, jak poprzednicy, towarowa wersja auta przekształcona w pasażerską. Co prawda obiły mi się o uszy jakieś informacje, że Rifter ma zdecydowanie więcej wspólnego z autem typowo osobowym, niż takim przeznaczonym do ciężkiej pracy, ale nie da się nie zauważyć cech, które jednoznacznie wskazują na korzenie samochodu, wywodzące się z aut typowo towarowych. W środku od razu można dostrzec typowo „dostawcze” tworzywa użyte do wykonania deski rozdzielczej i boczków drzwi, aczkolwiek trzeba przyznać, że w połączeniu z rozwiązaniami znanymi z innych osobowych modeli Peugeota, takich jak zastosowanie specyficznego układu kierownica/zegary, można odnieść wrażenie, że całość nie razi. Jedynym istotnym elementem kabiny zalatującym tandetą, jest spasowanie niektórych elementów w stylu pokrywy schowków deski rozdzielczej z samą jej powierzchnią, nota bene schowków licznych i pojemnych. O tym nie można nie wspomnieć, że kabina Peugeota Riftera, gdyby przymknąć oko na miejscami słabe jej wykonanie i chwilowe dźwięki wydawane podczas jazdy nierozgrzanym samochodem przy niskich temperaturach otoczenia, przemawia do świadomości kierowcy w sposób, w jaki ma przemawiać – zdecydowanie zaznacza swoje praktyczne podejście do życia. Oprócz wspomnianych schowków w desce rozdzielczej, mamy tu swoisty pawlacz nad głowami osób podróżujących z przodu, duże schowki w drzwiach bocznych (przesuwnych), miejsca na kubki, zarówno między fotelami, jak i w desce rozdzielczej, różnego rodzaju półki i półeczki, na których można odłożyć mniejsze przedmioty. Całość w oczach ojców rodzin, poszukujących samochodu niekoniecznie wzbudzającego zachwyt podczas prowadzenia, ale za to dającego z siebie maksimum cech rodzinnego auta, jest czymś, co rzeczywiście może do siebie przekonać. Do kompletu, Peugeot Rifter dokłada ogromną ilość miejsca w swoim wnętrzu, dającego pięciu osobom na pokładzie naprawdę mnóstwo przestrzeni życiowej, dodatkowo okraszonej bagażnikiem mieszczącym minimum 625 litrów bagażu. Jeśli natomiast taki bagażnik nie jest nam potrzebny, możemy go zmniejszyć, dokupując za 2900 zł trzeci rząd siedzeń i czyniąc z Riftera auto siedmioosobowe. A jeśli chcemy, aby trzeci rząd siedzeń nie zabierał nam miejsca w bagażniku, możemy wybrać przedłużoną wersję modelu oznaczoną jako Long. Kończąc rozpływanie się nad przestronnością wnętrza, wspomnę o dwóch minusach związanych z obsługą samochodu. Do znudzenia będę powtarzał, że nie akceptuję rozwiązań w stylu nie dającego się wyłączyć czujnika zmierzchu, pozbawionego możliwości regulacji czułości działania – i Peugeot Rifter tego nie zmieni. W samochodzie takim, jakim Rifter jest, wolałbym także mieć fotochromatyczne lusterko wsteczne. Duże wysunięcie w przód szyby czołowej względem fotela kierowcy powoduje, że aby przestawić lusterko w „nocny tryb”, należy się mocno wychylić do przodu i podczas jazdy jest to zwyczajnie niewygodne.

RÓŻNICE EKSPLOATACYJNE

Testowany w zeszłym roku Opel Combo Life, z tym samym silnikiem Diesla o mocy około 100 KM (około, ponieważ Peugeot podaje, że Rifter ma nie jak Opel 102, a 100 KM), miał przebijającą się ponad wszystko inne cechę, zauważalną po dłuższym kontakcie z nim – był superoszczędny. W całym teście Opel zużył średnio niewiarygodne wręcz 4 litry na 100 kilometrów, Peugeotowi do tego wyniku natomiast nawet nie udało się zbliżyć. Usprawiedliwiając zużywanie przez niego okrągłego litra więcej na każde testowe 100 kilometrów jazdy, muszę jednak wspomnieć, że jazda zimą, w odróżnieniu od jazdy latem, ma to do siebie, że na samochodzie są – lub być powinny, jak w tym przypadku – opony zimowe, stawiające większy opór toczenia. Do tego dochodzą znacznie niższe temperatury otoczenia, nawet uwzględniając łagodne ostatnio polskie zimy, wymagające od silnika pochłaniania większych ilości paliwa, szczególnie podczas pierwszych kilometrów jazdy. Bo trzeba zaznaczyć, że Rifter 1.5 BlueHDi nie jest samochodem, którego silnik szybko łapie właściwą temperaturę pracy – jak większość jednostek wysokoprężnych. Tak czy inaczej, zużywanie 5 litrów paliwa na 100 kilometrów przez samochód o aerodynamice małego przystanku autobusowego, to nadal mistrzostwo świata. W mistrzowskiej klasie Rifter nie jeździ natomiast, gdy mowa o konkurencjach typowo sprawnościowych. Osiągi są dyplomatycznie rzecz ujmując wystarczające, natomiast śmiem twierdzić, że mogłyby już takie nie być, gdyby samochód załadować pięcioma pasażerami i ich bagażem. Dlatego też należy dobrze się zastanowić przed zakupem tego modelu, czy może nie lepiej byłoby poświęcić dodatkowe 6300 zł i nabyć wersję o mocy 130 KM z 6-biegową przekładnią. Żeby nie było, testowana wersja to nie jest samochód niezdolny do sprawnego przemieszczania się po drogach, ale osiągi nie zadowolą nikogo, kto nie lubi pięć razy zastanawiać się, czy rozpocząć manewr wyprzedzania już teraz, czy lepiej poczekać, aż z naprzeciwka nie będzie widać żadnego zbliżającego się samochodu. To w tej wersji silnikowej po prostu trzeba zaakceptować.

SPOKOJNIE, POWOLI

Jeśli zdecydujesz się na wybór słabszego diesla, przynajmniej nie odczujesz, że z powodu małej mocy silnika straciłeś niezapomniane wrażenia z prowadzenia Peugeota. Jest to bowiem samochód, którego zadaniem nie jest dynamiczne przejeżdżanie torów wyścigowych czy górskich serpentyn. Zawieszenie Riftera jest swoistym kompromisem między tym, co określa się mianem komfortowego resorowania, a tym, co nazywane bywa dynamiką prowadzenia. Tego drugiego czynnika w zawieszeniu Peugeota jest oczywiście zdecydowanie mniej i nawet trudno do jego układu jezdnego przystawiać tego typu określenia, ale uczciwie trzeba przyznać, że auto na drodze nie sprawia wrażenia ociężałego, nawet gdy jedzie się nim po średnio ciasnych lub bardzo ciasnych zakrętach. Przyciskając Riftera do muru należy się oczywiście spodziewać, że ponad 1,5 tony masy własnej, połączone z wysoko zawieszonym środkiem ciężkości, spowodują reakcje nadwozia w postaci wyraźnego wychylenia się na zewnętrzną stronę zakrętu. Również w tę stronę, za sprawą podsterowności, popchnie auto fizyka podczas dynamicznego przejazdu po innych niż proste odcinkach dróg, ale nie jestem w stanie uznać tych rzeczy za wyraźnie rzutujące na obraz samochodu minusy – nie w takim aucie. Samochód ten bowiem, za sprawą wspomnianego sposobu zestrojenia zawieszenia, silnika, układu kierowniczego i gabarytów nadwozia, najzwyczajniej w świecie zachęca do spokojnego stylu jazdy, w nim też czuje się najlepiej. Gdy kierowca nie będzie się spieszył, zdąży dostrzec chociażby świetną widoczność z auta w każdym kierunku, duże lusterka zewnętrzne ułatwiające manewrowanie, wygodną jak na kombivana pozycję za kierownicą, umieszczenie dźwigni zmiany biegów, powodujące, że sama wpada ona w rękę, czy też stosunkowo nieskomplikowaną obsługę instrumentów samochodu. Wyposażenie auta oczywiście nie rozpieszcza, dodatkowo podstawowa wersja Active wymaga dokupienia wielu rzeczy, które były na pokładzie testowanego egzemplarza, tak więc trudno sobie wyobrazić, jak „biedne” wrażenie może sprawiać model zupełnie podstawowy. Ale nie można zapominać, że mamy do czynienia z samochodem, który z założenia nie ma zagrażać typowo osobowym modelom tej wielkości. Gdyby Riftera zechcieć przyrównać na przykład do „3008”, szybko okazałoby się, że mając na pokładzie lepsze wyposażenie i mocniejszy silnik, może on nastawać na pozycję brata w koncernie, ponieważ gdy nie oczekujesz od auta modnego wyglądu i do zakupu samochodu podchodzisz czysto pragmatycznie, wydanie pieniędzy na Riftera nie okaże się błędem. A gdy już jesteśmy przy tym temacie – trochę ponad 100 tysięcy złotych potrzeba, aby jeździć Peugeotem takim, jak na zdjęciach. Natomiast podstawowa wersja z benzynowym silnikiem 1.2 PureTech o mocy 110 KM, to wydatek 81 950 złotych. Na pierwszy rzut oka wydaje się to sporą kwotą jak za przebranego dostawczaka, ale jeśli policzysz, ile metrów sześciennych samochodu dostajesz za te pieniądze, okazuje się, że jest to w przeliczeniu jedna z najtańszych powierzchni użytkowych na motoryzacyjnym rynku.

Tekst i zdjęcia: Arkadiusz Kucharski


PODSTAWOWE INFORMACJE

  • Silnik: diesel, turbodoładowany, 1499 cm3
  • Skrzynia biegów: manualna 5-biegowa
  • Moc maksymalna: 100 KM przy 3500 obr/min
  • Maksymalny moment obrotowy: 250 Nm przy 1750 obr/min
  • Przyspieszenie 0-100 km/h: 13,9 s
  • Prędkość maksymalna: 171 km/h
  • Zużycie paliwa w cyklu mieszanym WLTP: 5,5 l/100 km
  • Zużycie paliwa na trasie testowej: 5,6 l/100 km
  • Zużycie paliwa średnio w teście: 5,0 l/100 km
  • Cena samochodu w wersji testowanej Active: od 89 050 zł
  • Cena egzemplarza testowanego: 102 850 zł

DANE TECHNICZNE
SERWIS/GWARANCJA
WARTOŚĆ REZYDUALNA
ZDJĘCIA

Seat Ibiza 1.0 TSI 95 KM Style

GRA AKTORSKA

Seat Ibiza 1.0 TSI 95 KM to auto, które dopasowując się do imidżu hiszpańskiej marki, roztacza aurę modelu usportowionego wśród innych graczy segmentu B. Ale w tej wersji silnikowej jest to nic więcej, jak tylko dobrze zagrana rola teatralna.

Nie mając w ofercie naprawdę mocnego silnika, Ibiza jest samochodem, któremu pozostaje straszyć konkurentów w zasadzie jedynie wyglądem. Najmocniejsza odmiana 1.5 TSI o mocy 150 KM, której nota bene nie można na razie zamówić, nie jest bowiem w stanie dorównać pod względem osiągów legendarnej Ibizie Cupra, której nie wiadomo czemu Seat nie wskrzesił i nie zaczął znów produkować. Tym bardziej prezentowana odmiana o mocy niespełna 100 KM może się puszyć i nadymać, ale poza drapieżnymi detalami obecnymi na nadwoziu nie istnieją argumenty ku temu, aby traktować zupełnie poważnie jej „sportowość”. Testowana wersja Style nie jest pod tym względem szczytem pychy Seata, ponieważ w cenniku znajdziemy jeszcze wersję FR, która już całkowicie bezwstydnie próbuje wymusić na obserwatorach podziw i lęk przed jej możliwościami na drodze. Niewtajemniczeni może się przestraszą, za to wiedzący, o co chodzi, jedynie lekko uśmiechną. Tak czy inaczej, nie można odmówić Seatowi tego, że stworzył samochód tej wielkości, na który patrzy się po prostu przyjemnie. Podobieństwo do Leona trzeciej generacji jest tu oczywiście w pełni zamierzone, bo Ibiza, tak jak jej starszy brat, pełni w koncernie Volkswagena rolę auta z mocnym charakterem. W swojej klasie, oczywiście. I pomijając przeciętne osiągi słabszych wersji silnikowych, całkiem dobrze jej to wychodzi.

Wspomniane niespełna 100 KM, a dokładnie 95, mając do pary pięciobiegową manualną skrzynię biegów, muszą próbować sprostać oczekiwaniom kierowców, którzy gdy już napatrzą się na samochód z zewnątrz, po zajęciu miejsca za kierownicą będą chcieli zaznać nieco adrenaliny. Otwarcie należy stwierdzić, że nie ma jednak szans na to, aby jadąc tym samochodem poczuć jakiś dreszcz sportowych emocji. Ale prawda jest taka, że pomijając kreowany wyglądem nadwozia imidż, Seat nie ma zamiaru wprowadzać kierowcy w świat wybitnych wrażeń za kółkiem. Owszem, auto nie jest zawalidrogą i nie można odmówić trzycylindrowemu silnikowi wigoru, który jak na jego parametry techniczne jest całkiem imponujący, jednak silnika 1.0 TSI, szczególnie w słabszej jego odmianie, nie można traktować jako coś, co zaspokoi dynamiczne zapędy osób lubiących od czasu do czasu pojechać ostrzej. Całe auto, mam wrażenie, nie powstało zresztą w tym celu. Bo nie o osiągi tu chodzi, a o ogólne wrażenia za kierownicą, które choć zupełnie niesportowe, można określić jako delikatnie usportowione. O co chodzi? Już wyjaśniam.

Sprint do 100 km/h w 10,9 s, elastyczność silnika i reakcja na dodanie gazu, są w tej klasie absolutnie przeciętne. Z tych trzech rzeczy, na czoło wysuwa się jednak elastyczność, ponieważ silnik ciągnący samochód o masie 1102 kg daje sobie z nim radę wystarczająco dobrze, przy czym wcale nie pomaga pięciobiegowa przekładnia. Co prawda poszczególne biegi wchodzą z lekkością i nie trzeba ich „szukać”, ale chwilami ma się wrażenie, że dźwignia mogłaby precyzyjniej „chodzić” pomiędzy poszczególnymi położeniami. Zdarza się to rzadko, ale zdarza, i gdyby nie intuicja kierowcy, nie miałby on poczucia, że dany bieg rzeczywiście został wrzucony. Jeżeli już mowa o czynnościach wykonywanych podczas jazdy, to pochwała należy się układowi kierowniczemu, za pomocą którego można zaskakująco precyzyjnie wskazywać Ibizie, gdzie ma jechać. Gdyby tylko kierownica miała odrobinę grubszy wieniec, kręcenie nią byłoby jeszcze przyjemniejsze, a tak aż nie przystoi, żeby auto skądinąd „usportowione”, miało tak cienki wolant. Być może jest to zagranie ze strony Seata całkowicie celowe, aby klienci spragnieni pewniejszego chwytu kierownicy wybierali droższą, wspomnianą wersję FR, której kierownica dla odmiany jest przyjemnie gruba i wyprofilowana. Testowa wersja Style ma za to całkiem wygodne fotele, które co prawda nie są tak dobre jak w wersji FR, ale zapewniają wygodę i stosunkowo dobre trzymanie boczne. Docenić to można podczas szybszej jazdy w zakrętach, gdy zawieszenie Seata pokazuje, że nawet w tej klasie można stworzyć samochód nadający się do szybszego pokonywania zakrętów, a gdy trzeba, również długich tras. Miałem okazję zrobić Ibizą już kilka dłuższych wypraw, dlatego z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że jest to jeden z najlepiej prowadzących się samochodów w swoim segmencie. Resorowanie nie jest przesadnie sztywne, zawieszenie zapewnia dobry komfort jazdy podczas pokonywania nierówności, ale gdy trzeba, trzyma samochód w ryzach i pozwala na dosyć dynamiczną jazdę po innych niż proste odcinkach dróg. Zauważalną wadą jest wyraźnie dobiegający spod podłogi hałas podczas przejeżdżania dużych poprzecznych nierówności, takich jak wystające ponad asfalt tory tramwajowe, ale w aucie tej klasy nie należy oczekiwać świetnego wyciszenia. Dlatego też podczas jazdy autostradowej wyraźnie słychać przede wszystkim szumy toczenia opon, a także – to w mniejszym stopniu – hałas powietrza opływającego nadwozie. Co ciekawe, Ibiza w tej wersji silnikowej nie jest bardziej oszczędna od większych samochodów wyposażonych w mocniejsze silniki. W całym teście Seat zużył średnio 5,4 l/100 km, co jest wynikiem dość wysokim, biorąc pod uwagę fakt, że na przykład – trzymając się segmentu B – Skoda Fabia Combi z tą samą jednostką napędową zużyła 4,9 l/100 km. Idąc dalej i porównując wynik Seata do jeszcze większych samochodów – Golf 1.0 TSI 110 KM osiągnął równie rewelacyjne 4,9 l/100 km. Gdyby jednak spojrzeć na rezultat spalania testowanego Seata bez porównywania go do innych samochodów, nie można mieć zastrzeżeń do tego, ile zużywa paliwa.

Miałem okazję zrobić Ibizą już kilka dłuższych wypraw, dlatego z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że jest to jeden z najlepiej prowadzących się samochodów w swoim segmencie.

Porównania z większymi samochodami Ibiza nie wytrzymuje także pod względem ilości miejsca we wnętrzu, choć jak na swój segment jest autem wystarczająco przestronnym. Na przednich fotelach nie ma na co narzekać, miejsca jest dużo w każdym kierunku. Fotel kierowcy da się opuścić stosunkowo nisko, dzięki czemu pozycja za kierownicą nie tyle pasuje do wizerunku marki, co po prostu pozwala wygodnie usiąść za kółkiem nawet wysokim osobom. Z tyłu jest trochę gorzej, ale wciąż, jak na samochód segmentu B, przestrzeń jest zadowalająca. Nie należy jednak traktować Ibizy jako samochodu pełnoprawnie pięcioosobowego i homologacja auta tego nie zmieni. Bagażnik za to jest jednym z lepszych w klasie. Mając 355 litrów pojemności broni się swoją wielkością, szkoda tylko, że nie ma w nim ani jednego schowka, gdzie można byłoby trzymać na przykład gaśnicę. Największą pojedynczą wadą kabiny Ibizy jest natomiast jakość tworzyw, z jakich ją wykonano. Plastik użyty do uformowania deski rozdzielczej, boczków drzwi czy konsoli środkowej jest zwyczajnie bardzo twardy i niewiele pomaga tu fakt, że jakość montażu jest na tyle dobra, że w aucie nic nie skrzypi. Nawet najwyższe wersje wyposażenia FR i Xcellence mają tak samo tanie w dotyku i twarde tworzywa, co psuje trochę wizerunek wnętrza samochodu. Z drugiej strony, skoro dużo droższe auta w stylu Volkswagena T-Roca mogą mieć takie materiały wykończeniowe, to dlaczego nie może ich mieć znacznie tańszy Seat Ibiza.

Pod względem flotowym Seatowi niewiele brakuje. Obecnie, kupując auta tej marki i finansując je za pomocą dedykowanego programu leasingowego, można otrzymać ratę serwisową za przysłowiową złotówkę, a jako że Seat należy do Grupy Volkswagena, uczestniczy w jego programie serwisowym Twoja Flota. Gdyby tylko zwiększyć ilość autoryzowanych serwisów marki w Polsce, pozycja flotowa hiszpańskiego producenta zapewne by wzrosła. Nie jest to jednak problem tak bardzo dotykający klientów indywidualnych. W ogóle Seat mocno podbudował swoją pozycję rynkową, wypuszczając w ostatnich latach naprawdę udane modele. Prezentowana tu Ibiza, a wcześniej Leon trzeciej generacji, zapoczątkowały nowe rozdanie, jeśli chodzi o hiszpańską markę. Późniejsze Ateca, Arona i Tarraco wpisały się świetnie w panującą modę na tego typu auta. Ale graczem nr 1 w ataku Seata moim zdaniem będzie właśnie debiutujący nowy Leon, który wygląda jak na przedstawiciela tej marki przystało i wypada sądzić, że tak samo będzie jeździł. Ibiza też dobrze wygląda, ale brakuje jej naprawdę drapieżnej odmiany, aby postawić kropkę nad „i”, jeśli chodzi o przypieczętowanie swojej pozycji w klasie jako reprezentanta marki produkującej auta z prawdziwym pazurem.

Tekst i zdjęcia: Arkadiusz Kucharski


PODSTAWOWE INFORMACJE

  • Silnik: benzynowy, turbodoładowany, 999 cm3
  • Skrzynia biegów: manualna 5-biegowa
  • Moc maksymalna: 95 KM przy 5000 obr/min
  • Maksymalny moment obrotowy: 175 Nm w zakresie 2000–3500 obr/min
  • Przyspieszenie 0-100 km/h: 10,9 s
  • Prędkość maksymalna: 182 km/h
  • Zużycie paliwa w cyklu mieszanym WLTP: 5,4 l/100 km
  • Zużycie paliwa na trasie testowej: 5,2 l/100 km
  • Zużycie paliwa średnio w teście: 5,4 l/100 km
  • Cena samochodu w wersji testowanej Style: od 52 500 zł

DANE TECHNICZNE
SERWIS/GWARANCJA
WARTOŚĆ REZYDUALNA
ZDJĘCIA

Peugeot 308 Allure SW 1.5 BlueHDi 130 S&S EAT6

JESZCZE WALCZY

Peugeot 308 to model już dość wiekowy jak na współczesne realia, gdzie czasem co 2-3 lata producenci potrafią nie tylko przeprowadzać liftingi, ale również wprowadzać nowe generacje samochodów. Tymczasem „308” do przyszłego roku będzie wciąż bronić honoru Peugeota w klasie standardowych kompaktów.

Piszę „standardowych”, ponieważ nie mam tu na myśli klasy kompaktowych SUV-ów, w której Peugeot ma nowszego reprezentanta w osobie modelu 3008, skądinąd bardzo udanego. Ale świat to – na szczęście – nie tylko SUV-y i crossovery. Wciąż potrzebne i kupowane są samochody ze standardowym, niepodwyższonym nadwoziem. Prezentowany Peugeot 308 SW, czyli kombi, jest dobrym przykładem tego, że klasa C jeszcze długo będzie segmentem reprezentowanym przez samochody najbardziej racjonalnie zaspokajające transportowe potrzeby, zarówno firm, jak i klientów indywidualnych. Racjonalnie, ponieważ auta te są tańsze w zakupie i eksploatacji od swoich pseudo-terenowych odpowiedników, oferując przy tym zestaw cech praktycznych na takim poziomie, który po prostu na co dzień wystarcza. Kombi Peugeota nie da się zbytnio przyrównać do „3008”, ale jako że przed testem modelu 308 miałem okazję pojeździć właśnie 3008, raz na jakiś czas postaram się zestawić ze sobą cechy obydwu samochodów.

WNĘTRZE WCIĄŻ MOŻE SIĘ PODOBAĆ

i-Cockpit w starszym wydaniu Peugeota, zastosowany w „308”, nie jest do końca takim samym rozwiązaniem, co w modelach 208, 508, czy choćby wspomnianym 3008. Widać, że ogólny zamysł projektu deski rozdzielczej jest ten sam, ale inna kierownica, a przede wszystkim umiejscowienie centralnego wyświetlacza systemu multimedialnego powodują, że za kierownicą „308” niekoniecznie ma się wrażenie przebywania we wnętrzu, które skądś się już zna. Mając wcześniejszy kontakt z wymienionymi wyżej, nowszymi konstrukcjami Peugeota, po zajęciu miejsca za kierownicą „308” nie pomyślałem, że wszystko jest mi już doskonale znane. Oczywiście, zegary wyniesione ponad kierownicę i jej zmniejszony względem standardowych samochodowych kierownic rozmiar, nie pozostawiają wątpliwości co do tego, w jakiej marki samochodzie siedzi kierowca. Deska rozdzielcza ogólnie jest jednak inna niż w nowszych modelach. Inna nie znaczy gorsza. Owszem, nie znajdziemy tu świetnie się prezentujących, „samolotowych” przełączników, nie znajdziemy joysticka zamiast tradycyjnej dźwigni zmiany biegów, nie znajdziemy także cyfrowych zegarów, ale nie można nie docenić faktu, że dzięki temu Peugeot 308, nawet w bogatej wersji wyposażenia Allure, jest samochodem, który swoją prostotą obsługi i dobrą ergonomią wnętrza bardzo zyskuje. Duże pokrętło do sterowania głośnością systemu audio jest rzeczą niby błahą, ale jakże się ją docenia w codziennym kontakcie z samochodem. Równie mocno doceniałem umieszczone na desce rozdzielczej po lewej stronie od kierownicy przyciski dezaktywujące systemy start-stop i utrzymania auta na pasie ruchu, ponieważ jeśli by ich nie było, musiałbym szukać możliwości wyłączenia tychże w menu centralnego wyświetlacza. Co uważam za warte odnotowania, to to, że system utrzymania samochodu na pasie ruchu ma pamięć ostatniego ustawienia. Dzięki temu, po włączeniu zapłonu, nie trzeba za każdym razem pamiętać o jego uśpieniu, aby nie wtrącał się w jazdę. Gdy już wspomniałem o centralnym wyświetlaczu, muszę stwierdzić, że mimo wielości funkcji w nim zawartych, jego obsługa wcale nie jest trudna, a być może nawet łatwiejsza niż w nowszych systemach, ponieważ umieszczenie ekranu sprzyja temu, żeby nie sięgać do niego zbyt daleko. Pod wyświetlaczem, oprócz dużego pokrętła do sterowania głośnością, znajduje się raptem pięć przycisków, które są równie wygodne w obsłudze jak wspomniane pokrętło, ponieważ są również słusznych rozmiarów. Co przeszkadza w codziennej obsłudze samochodu to fakt, że na desce rozdzielczej brakuje oddzielnych przełączników/pokręteł do sterowania temperaturą we wnętrzu. Można ją regulować wyłącznie poprzez centralny ekran dotykowy, a to niepotrzebnie odwraca uwagę kierowcy podczas jazdy.

Peugeot 308 nie jest bowiem samochodem, który ma „po francusku” zestrojone zawieszenie. To, co może się podobać w jego pracy, to fakt, że trzyma ono samochód w ryzach podczas nagłych manewrów, ale ceną za to jest zauważalnie niski komfort resorowania, dostrzegalny szczególnie podczas przejeżdżania przez poprzeczne nierówności nawierzchni.

Gdy już człowiek oderwie się od grzebania w menu samochodu, po ustawieniu wszystkiego „pod siebie” i rozejrzy dookoła, natychmiast dostrzeże, że w aucie jest przyjemnie jasno. Wielkie okno dachowe, zamontowane w testowanym egzemplarzu, będące opcją dodatkową za 2000 złotych, powoduje, że jeżeli mamy zamiar kupić Peugeota 308 SW jako rodzinny środek transportu, możemy być pewni, że dzieciaki podróżujące na tylnej kanapie będą miały zdecydowanie większą frajdę z przebywania w samochodzie. Panoramiczny dach jest rzeczywiście wielki jak w niejednym VAN-ie, co być może jest pewnym nawiązaniem do faktu, że kiedyś istniało coś takiego, jak Peugeot 308 SW w wersji siedmiomiejscowej. Co prawda tamta „308” nie była VAN-em, ale rościła sobie prawo do przewozu w swoim bagażniku dwóch dodatkowych osób, więc Peugeot ma doświadczenie w stosowaniu rozwiązań normalnie nie kojarzonych z samochodami tej wielkości, właśnie w takich autach. Szyba w dachu ma sterowaną elektrycznie roletę, więc jeśli akurat pogoda nie nastraja do patrzenia w niebo, widok ten można zasłonić. Odsłonięta roleta ma natomiast tę zaletę, że pozwala optycznie powiększyć ilość przestrzeni we wnętrzu, której jednak nawet bez tego triku nie powinno nikomu zabraknąć. Jedynie podróż w piątkę może nie być zbyt przyjemna dla osoby zajmującej środkowe miejsce tylnej kanapy, ponieważ ograniczeniem miejsca na nogi piątego pasażera jest tunel środkowy. Co warte podkreślenia, zamówienie panoramicznego dachu nie odbija się odczuwalnie na ilości miejsca nad głowami podróżnych. Jest go wystarczająco w obydwu rzędach siedzeń. Z minusów, które jakoś bardzo nie przeszkadzają, ale dają się zauważyć, trzeba wymienić stosunkowo wąskie oparcia przednich foteli, przychylne osobom o raczej szczupłej sylwetce, a także podłokietnik między fotelami, który dosyć luźno podchodzi do wykonywania swoich obowiązków. Określenie „luźno” należy rozumieć dosłownie, ponieważ gdy przesunie się go do przodu, wraca on do pierwotnego położenia jak gdyby bezwiednie, wystarczy oprzeć na nim rękę. Przeszkadzać w aucie o rodzinnym charakterze może również to, że tylne boczne drzwi otwierają się pod stosunkowo niedużym kątem. Nie rozczarowuje natomiast bardzo ważny w kombi bagażnik. Jest pojemny i praktyczny, mając standardowo 556 litrów objętości i dwa spore schowki po bokach, nie dając powodów do narzekania na możliwości transportowe „308”. Po złożeniu tylnej kanapy na podłodze bagażnika nie powstaje żaden uskok, dzięki czemu w aucie bez przeszkód można przewozić długie przedmioty. Ułatwia to także seryjny otwór w oparciu kanapy.

O PODOBANIU SIĘ CIĄG DALSZY

Samochody kombi to ten typ motoryzacyjnego świata, którego nie trzeba kochać za stylizację. Nie po to zostały stworzone takie auta. Mają być przede wszystkim praktyczne, a jeśli czasem jakiś model w tej wersji nadwozia wywoła u kogoś rumieńce na twarzy, trzeba to traktować raczej jako sytuację wyjątkową. Peugeot 308 SW być może nie jest tu wyjątkiem, to niech każdy oceni sam, mnie jednak ten samochód od strony czysto wizualnej zwyczajnie się podoba. Kombi jest inaczej narysowane niż hatchback także pod względem układu tylnych świateł, co nie jest regułą. Linia boczna nie powoduje wrażenia, że bagażnik został niezgrabnie dolepiony, a testowana wersja Allure, z kilkoma płatnymi dodatkami w stylu wspomnianego panoramicznego dachu, przyciemnionych tylnych szyb czy metalizowanego niebieskiego lakieru, naprawdę może się podobać. 17-calowe felgi aluminiowe za 1600 złotych również dodają autu uroku, ale wpływają negatywnie na i tak już niezbyt dobry komfort jazdy na nierównościach, o czym więcej za chwilę. Bo muszę jeszcze nadmienić o dwóch rozwiązaniach świetlnych, zastosowanych w testowanej „308”. Miała ona na pokładzie w pełni LED-owe reflektory, kosztujące sporo, bo 4000 złotych, ale z całą pewnością warto je dokupić, ponieważ jakość jazdy w nocy dzięki nim rzeczywiście zyskuje. W tej cenie otrzymujemy również obsługiwane za pomocą diod światła przeciwmgłowe, co nie jest w tej klasie oczywiste, a także rozwiązanie w stylu „dynamicznych” przednich kierunkowskazów, co w aucie takim jak Peugeot 308, którego kierunkowskazy nie są duże, nie robi co prawda oszałamiającego wrażenia, ale daje efekt nowoczesności samochodu – mimo już dość posuniętej w latach jego konstrukcji. Mały minus, który niejako czuję się w obowiązku Peugeotowi wytknąć, to ciągłe świecenie tylnych świateł pozycyjnych niezależnie od tego, czy jedziemy na światłach mijania, czy do jazdy dziennej. Za to osobiście bardzo doceniam fakt, że „308” ma jeszcze po staremu dający się dezaktywować czujnik zmierzchu – na włączniku świateł pozostała pozycja „0”, więc kierowca może sam decydować o tym, kiedy włączyć światła mijania.

TROCHĘ MARUDZENIA

Nawiązując do wspomnianego obniżonego komfortu jazdy, należy stwierdzić, że opcjonalne 17″ felgi co prawda się do niego przyczyniają, ale same w sobie nie są odpowiedzialne za taki stan rzeczy. Peugeot 308 nie jest bowiem samochodem, który ma „po francusku” zestrojone zawieszenie. To, co może się podobać w jego pracy, to fakt, że trzyma ono samochód w ryzach podczas nagłych manewrów, ale ceną za to jest zauważalnie niski komfort resorowania, dostrzegalny szczególnie podczas przejeżdżania przez poprzeczne nierówności nawierzchni. Że wcale nie musi tak być, potwierdza chociażby Peugeot 3008, do którego znów nawiążę. „3008” jest bowiem samochodem, który zapewnia odpowiedni komfort jazdy i jednocześnie świetnie się prowadzi, mimo swojego podwyższonego prześwitu, a co za tym idzie środka ciężkości. 308 SW natomiast postawiło jasno i wyraźnie na twarde resorowanie, co w rodzinnym kombi nie jest najlepszym pomysłem. Do tego rzuca się w oczy dziwna przypadłość układu kierowniczego, który w środkowym położeniu jest mocno sztuczny w działaniu. W testowanym egzemplarzu występowały bowiem swoiste „przeskoki” między położeniami kierownicy, które zdarzały się podczas niewielkich ruchów w prawo lub w lewo, w okolicy jej centralnego położenia. Nie miałem okazji porównać, czy taka sytuacja jest przypadłością tego konkretnego egzemplarza, czy może wadą fabryczną większej serii aut, ale trzeba jasno stwierdzić, że bywa irytująca. Na osłodę „308” serwuje swojemu kierowcy układ napędowy, który ma zdecydowanie więcej mocnych, niż słabych stron.

DIESEL Z AUTOMATEM

Silnik 1.5 BlueHDI o mocy 130 KM mogę z czystym sumieniem polecić jako optymalne źródło napędu dla tego samochodu, przy założeniu, że kierowca nie oczekuje od auta ponadprzeciętnych osiągów. Jest stosunkowo dobrze wyciszony, co jest dużą zaletą, gdy traktujemy kombi z dieslem jako rodzinny środek transportu na czasem nawet i długie podróże, ale trzeba mieć na uwadze, że powyżej 100 km/h jego osiągi można określić tylko jako przeciętne. Mimo sporego momentu obrotowego, wynoszącego 300 Nm i dostępnego już przy 1750 obr/min, silnik nie jest szczególnie elastyczny przy wyższych prędkościach. To trzeba po prostu zaakceptować, ale moja opinia może być tutaj trochę niesprawiedliwa. W parze z 1,5-litrowym silnikiem wysokoprężnym, testowany egzemplarz miał bowiem nie najnowszą, ośmiobiegową skrzynię, ale starszą, sześciobiegową. Sama przekładnia pracuje dobrze, zmienia biegi płynnie i w odpowiednich momentach, można to robić również samemu, używając łopatek przy kierownicy. Jednak mniejsza niż w nowszej konstrukcji i inaczej dobrana długość przełożeń może mieć wpływ na poskramianie dynamicznych zapędów silnika. Obecnie nie można już zamówić wersji z przekładnią sześciobiegową, ale do testu akurat nie był dostępny egzemplarz z nowszą skrzynią biegów. Niezależnie od tego, słowa uznania należą się układowi napędowemu za to, że współpracując ze sobą skutecznie oszczędza paliwo. Peugeot 308, ważący z kierowcą ponad 1400 kg, w całym teście zużył tylko 5,1 l oleju napędowego na każde 100 kilometrów. To świetny wynik, mamy tu przecież do czynienia z samochodem w wersji kombi, wyposażonym w automatyczną skrzynię biegów, testowanym na zimowych oponach. Średnia z ustandaryzowanej trasy pomiarowej nie wygląda już tak efektownie, ale 5,7 l/100 km to wciąż bardzo dobry wynik.

Od strony wizualnej, absolutnie nie widać po testowanym Peugeocie upływu lat. Następca będzie oczywiście autem lepszym, to można z góry założyć. Widząc, jak jeździ chociażby „3008”, trudno tak naprawdę stwierdzić, czy czekać na nowy model jeszcze rok, czy wybrać obecny. Przy cenie 131 000 złotych, jakie kosztuje testowany egzemplarz, skłaniałbym się ku pierwszej opcji, bo to dużo pieniędzy jak za auto, które niedługo zakończy swój rynkowy żywot i nie ma cech, które wybijałyby ten model ponad przeciętność w klasie kompaktowych kombi. Samochód wciąż może podobać się wizualnie, ma bardzo oszczędny silnik i elementy wyposażenia, które dodają mu prestiżu. Natomiast największą wadą tego auta jest jak dla mnie przesadzona sztywność resorowania, która nie pasuje do jego charakteru. Gdyby pozostać przy tańszych wersjach wyposażeniowych i zejść z ceną poniżej 100 tysięcy złotych, taki zakup miałby według mnie zdecydowanie więcej sensu, ponieważ utrata wartości, spowodowana mnogością wyposażenia i zmianą modelową, w przypadku testowanego egzemplarza może wkrótce zaboleć. Natomiast, jeśli przy wyborze samochodu nie kierujesz się zbytnio względami ekonomicznymi, idź do salonu Peugeota po „308”. Nie jest pozbawiona wad, ale ma też mocne strony, które być może u Ciebie zwyczajnie wezmą górę.

Tekst i zdjęcia: Arkadiusz Kucharski


PODSTAWOWE INFORMACJE

  • Silnik: diesel, turbodoładowany, 1499 cm3
  • Skrzynia biegów: automatyczna 6-biegowa
  • Moc maksymalna: 130 KM przy 3750 obr/min
  • Maksymalny moment obrotowy: 300 Nm przy 1750 obr/min
  • Przyspieszenie 0-100 km/h: 9,2 s*
  • Prędkość maksymalna: 205 km/h*
  • Zużycie paliwa w cyklu mieszanym WLTP: 4,6-5,4 l/100 km*
  • Zużycie paliwa na trasie testowej: 5,7 l/100 km
  • Zużycie paliwa średnio w teście: 5,1 l/100 km
  • Cena samochodu w wersji testowanej Allure: od 109 300 zł*
  • Cena egzemplarza testowanego: 131 000 zł*

*Dane dla wersji z ośmiobiegową automatyczną skrzynią biegów


DANE TECHNICZNE
SERWIS/GWARANCJA
WARTOŚĆ REZYDUALNA
ZDJĘCIA

Peugeot 3008 Crossway 2.0 BlueHDi 180 S&S EAT8

NA PRZEKÓR I NA NOWO

Peugeot 3008 Crossway 2.0 BlueHDi jest samochodem stosunkowo dziwnym. Ta moja prywatna opinia wzięła się stąd, że model ten potrafił, jak bardzo niewiele aut tego typu, spowodować, że po kilkuset kilometrach za jego kierownicą pomyślałem, że mógłbym takim autem z przyjemnością jeździć na co dzień.

Wywołanie u mnie takich myśli przez SUV-a, wyposażonego w szereg systemów asystujących, silnik Diesla i automatyczną skrzynię biegów, to zadanie arcytrudne. Wolę bowiem samochody, które jeżdżą bliżej asfaltu, nie wtrącają się za mocno w to, co robi kierowca, nie atakują charakterystycznym warkotem wysokoprężnego silnika i nie wyręczają w zmianie biegów. „3008” znalazła jednak sposób na to, abym wspominał ją naprawdę miło. Jak to zrobiła – trudno tak naprawdę jednoznacznie stwierdzić. Oczywiście argumenty czysto obiektywne ku temu są. Kompaktowy SUV Peugeota ma ich stosunkowo dużo, ale żeby o jakimś samochodzie móc powiedzieć, że jazda nim daje tyle przyjemności, że wbrew swoim upodobaniom można byłoby takie auto przygarnąć na dłużej, trzeba do niego coś „poczuć”. Patrząc na Peugeota 3008 w wersji Crossway, z szeregiem opcji dodatkowych, można poczuć do niego chociażby zwykłą sympatię lub zakochać się od pierwszego wejrzenia. I chociaż u mnie to drugie co prawda nie nastąpiło, to zupełnie nie dziwię się ludziom, którzy ten model kupują. Rozumiejąc ten fakt, bo „3008” wizualnie, dzięki swoim ostro narysowanym liniom nadwozia i detalom nadającym mu wyrazistego charakteru, rzeczywiście może się podobać, stwierdzam, że jednak nie dałbym się namówić na wyłożenie niespełna 183 000 złotych za taki samochód, jak prezentowany tu egzemplarz. Nawet pozostając przy kwocie 152 000 złotych, jaką trzeba przeznaczyć na model 2.0 BlueHDi Crossway bez żadnych opcji dodatkowych, wciąż uważam to za zbyt wygórowaną sumę. Ale ja jestem „inny”, bo inaczej wartościuję motoryzacyjną nowomowę, lansowaną wszędzie wokoło. Jednak mimo że nie zapłaciłbym za tego Peugeota takich pieniędzy, on mnie „kupił”. Taki paradoks.

JAZDA ZDECYDOWANIE NA PLUS

Najbardziej przyczynił się ku temu sposób, w jaki ten samochód zachowuje się podczas jazdy. Jest bowiem w jego układzie jezdnym, sposobie prowadzenia, reakcji na skręt kierownicą, czy też charakterystyce pracy zawieszenia coś takiego, czego normalnie w tego typu samochodzie nie tyle się nie spotyka, co raczej w ogóle nie oczekuje. Bo nawet patrząc na zadziorny design „3008”, nie należy od razu dać ponieść się wyobraźni, podsuwającej obrazy przedstawiające śmigającego po torze kompaktowego SUV-a Peugeota, bijącego rekordy okrążeń. To po prostu nie jest samochód mogący wywołać takie skojarzenia. I prawidłowo, bo auto z takim nadwoziem nie powinno się tak kojarzyć. Natomiast po zajęciu miejsca za kierownicą, gdy już człowiek przywyknie do nietypowego rozkładu instrumentów pokładowych, zwanego w języku Peugeota i-Cockpit, ustawi sobie fotel tak jak lubi i wreszcie ruszy z miejsca, pojawia się lekkie zdziwienie. Wraz ze wzrostem prędkości jazdy i częstotliwością pojawiających się na drodze zakrętów to zdziwienie narasta, a gdy już trafi się nierówny kawałek jezdni, przechodzi ono w delikatny szok. Zdajesz sobie wtedy bowiem sprawę, że właśnie masz okazję prowadzić samochód z podwyższonym nadwoziem, który chce ukryć – i robi to skutecznie – swój wzrost. Od Peugeota 308 model 3008 jest wyższy o całe 152 mm, które same w sobie nie robią jakiejś dużej różnicy, ale robi ją wyżej położony środek ciężkości. Tym bardziej należy docenić fakt, że od wspomnianej „308” model 3008 po prostu nie prowadzi się gorzej, oferując przy tym lepszy komfort jazdy na nierównościach, z którym „308” ma mały problem, o czym więcej napiszę podczas publikacji wrażeń z jazdy tym modelem, które zamieszczę już niebawem. 3008 sprawia pod tym względem lepsze wrażenie, mimo że jego zawieszenie wcale nie należy do miękkich. Określiłbym je raczej jako stosunkowo sztywne, natomiast wciąż nie na tyle, aby cierpiało na tym samopoczucie podróżnych. Ogólny komfort jazdy jest wysoki i gdyby nie kilka detali, na które po dłuższej trasie zwraca się uwagę, można byłoby zaszufladkować tego Peugeota jako typowego Francuza, czyli auto stworzone przede wszystkim dla komfortu pasażerów. Wspomniane detale to na przykład trochę zbyt krótkie siedziska przednich foteli, ukształtowane w ten sposób, że w miejscach, gdzie opierają się na nich nogi podróżnych, są skrócone – gdyby nie zastosowano tego zabiegu, fotele byłyby wręcz superwygodne. Bo poza tą jedną wadą, nie mają innych. Są duże, mają dobrze dobrane zakresy ustawień, a ich oparcia dobrze trzymają pasażerów podczas szybszej jazdy w zakrętach. Kolejnym detalem jest fakt, że podczas jazdy z prędkościami od 120 km/h wzwyż wyraźnie słychać szum opływającego karoserię powietrza.

W KUPIE RAŹNIEJ

Gigant, który powstaje z połączenia kilku koncernów samochodowych, będzie z całą pewnością dużym zagrożeniem dla pozycji Toyoty i Volkswagena w wyścigu o miano światowego przodownika motoryzacyjnego. Do wcześniej ożenionych Grupy PSA i Opla dołącza bowiem Fiat Chrysler Automobiles, co jest ruchem biznesowo o tyle zrozumiałym, co pociągającym za sobą pewne konsekwencje. W bliżej nieokreślonej przyszłości możemy bowiem zobaczyć na drogach Fiata Tipo w wersji UltraSport, napędzanego 177-konnym, pożyczonym od prezentowanej „3008” silnikiem Diesla, albo też nową generację Alfy Romeo MiTo, będącą toćka w toćkę nowym Peugeotem 208, oczywiście we włoskim ubraniu. Nic takiego co prawda nie musi się wydarzyć, ale teoretyczne możliwości ku temu za chwilę będą. Tymczasem, trzymając się bohatera tego tekstu, należy wspomnieć, że bliską rodziną jest on dla Opla Grandlanda X, w szczególności takiego, jak zaprezentowany w grudniu 2018 roku na TeścieFlotowym. I tu i tam, za napęd służyła dwulitrowa jednostka wysokoprężna, ale zadziwiająco inne mimo tego są te samochody. Pod względem napędu mają oczywiście jednak cechy wspólne. Peugeot, tak jak Opel, nie wyrywa do przodu po mocnym wciśnięciu gazu – najpierw musi się zastanowić, czy tego chce. W zasadzie nawet gdyby nie chciał, to i tak musi, jednak swoje fochy prezentuje i równie słabo jak Opel reaguje na komendy prawej nogi kierowcy. Na szczęście jest dwulitrowym turbodoładowanym nowoczesnym dieslem, dlatego ta wada traci na znaczeniu, gdy auto już ruszy z miejsca. Pod tym względem silniki o tej pojemności i mocy trzymają pewien poziom, poniżej którego raczej nie schodzą. Rozpędzona „3008” prezentuje się dużo lepiej niż startująca z miejsca i to zwyczajnie czuć na drodze. 400 Nm momentu obrotowego, dostępnego od 2000 obr/min, daje przyjemne poczucie zapasu osiągów, chociaż żadną wyścigówką Peugeot oczywiście nie jest, o czym świadczy choćby czas sprintu od 0 do 100 km/h, wynoszący całe 9,0 s. Trochę wody już upłynęło, odkąd wysiadłem z Grandlanda X, natomiast mam wrażenie, że 3008 lepiej czuje się w parze z tą jednostką napędową, niż jego niemiecki kolega. Wrażenie to może być złudne choćby właśnie z powodu odstępu czasowego, dzielącego mój kontakt z obydwoma samochodami, ale połączenie jednostki napędowej i cech dynamiki jazdy, jakie prezentuje cały samochód, lepiej wypada we francuskim wydaniu. Opel natomiast wydaje się być na jego tle samochodem nieznacznie bardziej komfortowym. Cechą wspólną jednostki 2.0 BlueHDi, niezależnie od miejsca montażu, czy to w jednym, czy w drugim samochodzie, jest jej ograniczony apetyt na olej napędowy. Opel spalił średnio w teście 6,4 l/100 km, Peugeot natomiast 6,0 l/100 km. Oszczędzaniu paliwa w Peugeocie sprzyja system start-stop, którego działanie irytuje tak samo, jak w przypadku Peugeota 508. Oczywiście znajdą się zwolennicy tego systemu, którzy docenią fakt, że gasi on silnik już przy około 15 km/h, ale jeśli wziąć pod uwagę, że takiej prędkości nie przekracza się podczas powolnego podjeżdżania w ulicznym korku, to szybko zaczyna denerwować ciągłe usypianie i rozbudzanie silnika, często niemające zwyczajnie sensu. Na szczęście system można dezaktywować, co nie powoduje, że auto staje się mniej oszczędne, o czym świadczy wynik spalania na koniec testu.

UDAWANE WŁAŚCIWOŚCI TERENOWE

Udawane, bo klienci tego oczekują. Poza odmianą hybrydową, każda inna wersja Peugeota 3008 nie może mieć napędu na cztery koła. Crossway, mimo że jest i z nazwy, i z detali najbardziej „terenowy” w całej gamie modelu, musiał więc zadowolić się systemem GripControl, seryjnym w tej wersji wyposażenia. Oferuje on kilka trybów jazdy, począwszy od asfaltowego, poprzez piaskowy i na przykład śnieżny, ale nie oszukujmy się – wszystko to jest namiastką rozwiązań, mogących uczynić samochód prawdziwie wszechstronnym na różnych typach nawierzchni. Jeśli jednak ktoś, mając na pokładzie ten system, poczuje się pewniej podczas pokonywania nieutwardzonej drogi dojazdowej do posiadanej letniej rezydencji, zaszytej gdzieś w leśnych ostępach, to jak najbardziej uznaję, że spełnia on swoją rolę. We wnętrzu i na zewnątrz samochodu znaleźć można kilka innych, podbudowujących terenowe ego właściciela ozdobników, takich jak specjalne nakładki na drzwi przy słupku środkowym, emblematy na przednich błotnikach czy dywaniki z wyhaftowanymi oznaczeniami współrzędnych geograficznych. Jest też dumnie prezentujący się napis „Crossway” na listwach progowych. Są to detale oczywiście czysto marketingowe, ale nie psują odbioru samochodu i nie kłócą się z jego dynamiczną naturą nadwozia i wnętrza. W ogóle kabina tego samochodu, a konkretnie deska rozdzielcza, to element naprawdę wysmakowany. Pomijając rozmieszczenie względem siebie elementów typu kierownica i zegary, warto przyjrzeć się detalom, które czynią z wnętrza Peugeota 3008 naprawdę ciekawe miejsce do przemierzania kolejnych kilometrów dróg. Wzdłuż prawie całej szerokości deski rozdzielczej i na boczkach drzwi umieszczono pas materiału w szarym kolorze, są też listwy ambientowego oświetlenia. Pod ekranem multimediów znajdują się świetne przełączniki w samolotowym stylu, a na konsoli środkowej zastosowano sporych rozmiarów element w kolorze fortepianowej czerni. Pod ręką są podświetlane uchwyty na kubki, a w podłokietniku i boczkach drzwi duże schowki. Zarówno z przodu, jak i z tyłu, wnętrze 3008 reprezentuje poziom, który zadowoli beneficjentów programu 500+. Miejsca w aucie jest dużo, nawet środkowe siedzisko tylnej kanapy może służyć jako pełnoprawna przestrzeń podróżna, ponieważ z tyłu nie ma wystającego z podłogi tunelu środkowego. Bagażnik standardowo mieszczący 520 litrów, poprzez złożenie tylnej kanapy da się powiększyć do 1482 litrów, a bardzo miłym akcentem w gamie możliwości transportowych samochodu jest brak uskoku na linii łączenia oparć złożonej kanapy z podłogą bagażnika.

CZASEM LEPIEJ SIĘ ODCIĄĆ

Gdy najnowszy Peugeot 3008 debiutował w 2016 roku, wielu ewentualnym nabywcom tego modelu po prostu ulżyło. Takie mam wrażenie, ponieważ poprzednia generacja „3008” była samochodem delikatnie rzecz ujmując kontrowersyjnym. Nowa też może być tak postrzegana, ale przynajmniej określiła, jaka chce być. Poprzednik, sprzedawany w latach 2009-2016, chciał być chyba… nijaki. I taki był. Nie warto go nawet porównywać do obecnie sprzedawanego następcy, gdyż ten odziedziczył po nim w zasadzie jedynie nazwę. Jest zupełnie innym samochodem. Wyrazistym, mającym charakter, pełnym przemyślanych detali nadwozia i wnętrza, bardzo dobrze jeżdżącym, w tej wersji silnikowej bardzo oszczędnym i wystarczająco dynamicznym. Zapewniającym poczucie obcowania z motoryzacją w formie, która zwyczajnie nie nudzi. Uważam, że salonów Peugeota absolutnie nie wolno pomijać osobom chcącym nabyć modnie stylizowanego kompaktowego SUV-a, a jednocześnie niezamierzającym rezygnować z najzwyczajniejszej w świecie frajdy z dynamicznej jazdy, którą tego typu autom jest po prostu trudniej kierowcy zaoferować. Osobiście, jak już wspomniałem na początku, mimo że jestem nieprzejednany w swoich upodobaniach motoryzacyjnych i w teorii prezentowanej „3008” zwyczajnie do nich daleko, z jazdy tym samochodem czerpałem po prostu przyjemność. W mojej opinii jest to jeden z tych modeli, który – gdyby na świecie pozostały już tylko SUV-y i crossovery – byłby określany mianem auta usportowionego. Wygląd nadąża tu bowiem za prowadzeniem. I na odwrót. Dobra robota, Peugeot.

Tekst i zdjęcia: Arkadiusz Kucharski


PODSTAWOWE INFORMACJE

  • Silnik: diesel, turbodoładowany, 1997 cm3
  • Skrzynia biegów: automatyczna 8-biegowa
  • Moc maksymalna: 177 KM przy 3750 obr/min
  • Maksymalny moment obrotowy: 400 Nm przy 2000 obr/min
  • Przyspieszenie 0-100 km/h: 9,0 s
  • Prędkość maksymalna: 208 km/h
  • Zużycie paliwa w cyklu mieszanym WLTP: 6,5 l/100 km
  • Zużycie paliwa na trasie testowej: 6,1 l/100 km
  • Zużycie paliwa średnio w teście: 6,0 l/100 km
  • Cena samochodu w wersji testowanej Crossway: od 152 200 zł
  • Cena egzemplarza testowanego: 182 850 zł

DANE TECHNICZNE
SERWIS/GWARANCJA
WARTOŚĆ REZYDUALNA
ZDJĘCIA

Skoda Scala 1.0 TSI 115 KM Style

W CAŁKIEM NOWEJ SKALI

Skoda na każdym kroku podkreśla, że nie ma żadnego sentymentu do Rapida i nową Scalę w świadomości klientów pozycjonuje nie tyle wyżej, co całkowicie w innej lidze, jak gdyby dokonał się tu ogromny przeskok technologiczno/jakościowo/jezdny. I coś w tym jest. W teście nowa Skoda Scala 1.0 TSI.

Rapid jaki był, taki był, miał swoje wady i zalety. Skoda świadomie sprzedawała go jako samochód segmentu C, oferując jednocześnie w tej samej klasie bezdyskusyjnie lepszą Octavię. Taka polityka pozwalała mieć w jednym segmencie dwa modele, różniące się pod prawie każdym względem. Łączyła je w zasadzie tylko duża przestronność wnętrza, w Rapidzie trochę ograniczona stosunkowo niewielką szerokością nadwozia. Octavia oczywiście przerastała Rapida w każdym kierunku, natomiast mniejsza Skoda była czymś w rodzaju kompaktowego samochodu budżetowego, którego wady po prostu wybaczało się choćby po otwarciu klapy bagażnika, szczególnie wersji liftback – po prostu wielkiego, mającego pojemność od 550 do 1381 litrów. Praktyczność Rapida pozwalała rzeczywiście przymykać oko na dosyć tandetne wykończenie wnętrza, stosunkowo twarde zawieszenie, na ogólnie kiepskie prowadzenie auta – to wszystko niejako trzeba było zaakceptować.

Obecnie ten problem znikł, Skoda go po prostu rozwiązała. Wycofała ze sprzedaży Rapida, zastąpiła go całkowicie nowym modelem, zbudowanym na całkowicie nowej platformie (choć nadal jest to platforma samochodów klasy B), i co najważniejsze, przy tworzeniu nowego modelu zmieniła założenia. Nowa Skoda Scala nie miała być już bowiem ubogą kuzynką Octavii i jest to całkowicie zrozumiały ruch. Zrozumiały dlatego, że na scenę wjeżdża już nowa Octavia, a więc zaprezentowany w zeszłym roku model Scala, mimo swojego dopracowania i ogólnie bardzo dobrego wrażenia wywieranego na kierowcy, nie będzie podbierał jej klientów – przynajmniej nie powinien. No właśnie, teoria teorią, a praktyka… Pożyjemy, zobaczymy.

W CAŁKIEM NOWYM WNĘTRZU

Scala to pierwszy model Skody, zawierający w sobie nowe treści, mocno rzucające się w oczy po otwarciu drzwi. Nie wiadomo jeszcze, jak w dłuższej perspektywie przyjmą to konserwatywni klienci marki, ale zmiany w ukształtowaniu deski rozdzielczej są znaczne. Dla osób przyzwyczajonych do „starego” układu wnętrza wcześniej debiutujących modeli Skody, będzie to zaskoczenie – pozytywne lub negatywne. W oczy rzuca się przede wszystkim miłosiernie panujący nad pozostałymi elementami obsługi ekran systemu multimedialnego o przekątnej 8 cali, będący już nie wstydliwie – jak to było w Rapidzie – schowanym, wręcz wciśniętym w deskę rozdzielczą ekranikiem, ale dumnie prężącym się na środku kokpitu elementem rzucającym nowe światło na sposób obsługi samochodu. Testowana wersja Style, czyli prawie najwyższa w hierarchii całej gamy modelu, doposażona w kilka bajerów, sprawiła, że zarówno wnętrze Scali, jak i – tu może szczególnie – nadwozie, pozwala odsunąć w cień jakiekolwiek wspomnienia o Rapidzie. Wreszcie normalna, dająca czuć stabilność samochodu i odpowiedni komfort pasażerom, szerokość nadwozia. Sprawdzona, chwalona już nieraz przeze mnie, trójramienna wielofunkcyjna kierownica. Wygodne fotele, lekko działająca dźwignia zmiany biegów i mój ulubiony element, czyli hamulec postojowy obsługiwany tradycyjną dźwignią. Część z tych rzeczy w Rapidzie była, ale w Scali tworzą nową jakość. I rzeczywiście, nie sposób wciąż nie odwoływać się do poprzedniego modelu, bo choćby nawet Skoda na kolanach przysięgała, że Scala następcą Rapida nie jest, ja w to nie uwierzę. Będę więc niekonsekwentny i mimo wcześniejszego napomknięcia o jakimś odsuwaniu w cień wspomnień dotyczących Rapida, znów o nim wspomnę. Scala kontynuuje obraną przez niego, bardzo skuteczną drogę Skody, dokładając do tego nowe, niespotykane w poprzedniku rzeczy. Oferuje w zasadzie komplet potrzebnych w tej klasie cech, takich jak duża przestronność wnętrza i bagażnika, dobre prowadzenie i wyposażenie, wystarczające osiągi i niskie zużycie paliwa. Warto to wszystko rozebrać na czynniki pierwsze.

Fajerwerków pod względem przyspieszenia i elastyczności nie należy się oczywiście spodziewać, natomiast dla tych, którzy do sposobu przemieszczania się po drogach podchodzą zdroworozsądkowo i nie potrzebują na co dzień dużej mocy pod prawą stopą, taka wersja będzie zadowalająca.
W CAŁKIEM NOWYM NADWOZIU

Prezentowany egzemplarz, wymagający wyłożenia w salonie 94 650 złotych, robi wrażenie samochodu, którego na polskich drogach widywać zbyt często nie będziemy. Ciemne szyby, duże felgi, w pełni LED-owe reflektory i światła tylne, szyba tylna zachodząca na klapę bagażnika – to nie jest ani flotowa, ani mam wrażenie „polska” specyfikacja tego samochodu, mająca szansę na dużą sprzedaż. Ale chciałbym się mylić, bo w takiej wersji ten model wyróżnia się i odcina od wizerunku taniej marki, jaką jeszcze do niedawna Skoda w świadomości ludzi przecież była. Tutaj taniości z zewnątrz nie widać ani grama, w środku zaś kilka dekagramów jej znajdziemy, ale o tym później. Całe nadwozie Scali jest nowoczesne i to widać, stworzone tylko jako hatchback. Ta ostatnia decyzja została podjęta mam wrażenie po to, aby nowa Octavia czuła się na rynku po prostu swobodniej. W srebrnym metalizowanym kolorze i z całą paletą wyposażenia, wersja Style z kilkoma opcjami zachęca, żeby się z nią bliżej zapoznać. A gdy ma się na to kilkanaście dni, dużo łatwiej wyrobić sobie sprawiedliwą, przemyślaną i pełną argumentów opinię o tym samochodzie. Mnie się to udało.

W CAŁKIEM NOWYM KOMFORCIE

Bo komfort jazdy, taki ogólny, pozwalający dobrze czuć się w samochodzie każdemu pasażerowi, to jest coś, czego w tej klasie klienci po prostu oczekują. Rapid go nie dawał, Scala natomiast już tego błędu nie popełnia. Na drodze czuć wyraźnie lekkość prowadzenia nowego modelu, niespowodowaną już jednak, jak to było w przypadku Rapida, słabą stabilnością i trzymaniem się drogi. Tutaj mamy solidny pakiet usług dla kierowcy, który Scala od pierwszego przejechanego metra udostępnia i sprawia, że bezpośrednia przesiadka z – jakżeby inaczej – Rapida, mogłaby być lekkim szokiem. Samochodem nie rzuca już na boki i w górę po wjechaniu na większe nierówności, w dynamicznie przejeżdżanym zakręcie nie ma się już wrażenia, że auto wylewa z siebie siódme poty, aby utrzymać obrany przez kierowcę tor jazdy. Wreszcie zawieszenie nie informuje już tak bezkompromisowo o tym, co właśnie dostało się pod koła. Pomijając wygląd nadwozia, to właśnie pod względem układu jezdnego dokonała się największa rewolucja. Mimo tego, że rozmiarowo samochód niewiele się zmienił, ponieważ na długość i szerokość dzieli go od Rapida w wersji hatchback – odpowiednio – 58 i 87 mm, ma się wrażenie, że prowadzi się znacznie większe auto. Słabe punkty oczywiście również występują, a są nimi zauważalna lekkość tyłu w sytuacji, gdy zmuszamy samochód do nagłych manewrów i system stabilizacji toru jazdy musi zainterweniować. Dzieje się to na czas i zawsze w stosunkowo łagodny sposób, jednak nieobciążona Scala podczas przechodzenia z jednego gwałtownego manewru w drugi, w pewnych sytuacjach może być podatna na uciekanie tylnej osi. Nie jest to niebezpieczne, bo samochód można łatwo opanować, ale wyczuwalne.

W CAŁKIEM NIE NOWYCH OSIĄGACH

Bo te są doskonale znane, Scala 1.0 TSI o mocy 115 KM (a dokładnie 116 KM) w ogóle pod tym względem nie zaskakuje. Jest to silnik dla tego modelu chyba optymalny. Wersja 1.5 TSI o mocy 150 KM, droższa o 8500 złotych, z całą pewnością byłaby na drodze lepsza, ale mocniejsza odmiana podstawowego silnika (w wersji Style dostępna tylko jako 116-konna, w tańszych również o mocy 95 KM) w zupełności wystarcza, zarówno w normalnej, jak i trochę bardziej dynamicznej eksploatacji. Fajerwerków pod względem przyspieszenia i elastyczności nie należy się oczywiście spodziewać, natomiast dla tych, którzy do sposobu przemieszczania się po drogach podchodzą zdroworozsądkowo i nie potrzebują na co dzień dużej mocy pod prawą stopą, taka wersja będzie zadowalająca. Przyspieszenie do setki w 9,8 sekundy stawia Scalę w gronie przeciętniaków tej klasy samochodów, natomiast ważniejsza w codziennej eksploatacji zdolność silnika do rozpędzania już jadącego samochodu, jest jak na tak niewielki silnik dość imponująca. Masa auta wynosząca 1202 kilogramy na pewno w tym pomaga, bo nawet tak dobrze wyposażona wersja nie jest zbyt ciężka dla tego silnika. Co niezmienne dla tej jednostki napędowej, ma ona charakterystyczne, całkiem przyjemne brzmienie, nie narzuca się pod tym względem kierowcy i ma cechę w obecnych czasach bardzo pożądaną – jest oszczędna. Po raz kolejny odwołam się tutaj do testu Golfa z tym samym, tylko o 6 KM słabszym silnikiem, gdzie kompakt Volkswagena zaskoczył świetnym wynikiem spalania – 4,9 l/100 km. Jest to dla mnie od tamtej pory niejako punkt odniesienia dla innych, podobnej wielkości modeli Grupy Volkswagena, wyposażonych w tę jednostkę napędową. Dlatego też i tym razem wynik ten zestawiam z wynikiem Skody. Ta w całym teście zużyła 5,3 l/100 km, mając na sobie zimowe buty i przemieszczając się w niskich temperaturach otoczenia. Jest to więc wynik naprawdę bardzo dobry. Warto podkreślić, że najniższe zużycie, jakie udało mi się osiągnąć, to bardzo niskie 3,0 l/100 km, możliwe do uzyskania oczywiście podczas bardzo spokojnej jazdy pozamiejskiej. Pokazuje ono jednak potencjał Skody do bycia nieprzyzwoicie oszczędnym samochodem.

W CAŁKIEM NOWEJ CENIE

To oczywiście musiało się wydarzyć i się wydarzyło. Scala w porównaniu do Rapida podrożała, ale w zasadzie nie ma sensu kręcić nosem, porównując cenniki obydwu samochodów. Po pierwsze, nowy model dźwiga zauważalnie więcej wyposażenia standardowego. Po drugie, jest autem opartym na nowej płycie podłogowej, mającym nowocześniejsze rozwiązania techniczne, wygodniejszym, zwyczajnie dużo lepszym. Startująca z poziomu 65 000 złotych nowa Scala, mimo podwyżki ceny w stosunku do poprzednika, pozwala nabyć się w rozsądnej kwocie, ale pod warunkiem, że zadowolimy się tym, co niezbędne. Trzymając się testowanej wersji Style, a najlepiej bardzo dobrze wyposażonego testowanego egzemplarza, należy zauważyć, że nawet „gorsza” z kompaktowych Skód może mieć wyposażenie wręcz prawie że ekskluzywne, jak na w założeniu „tanią” Skodę. Od razu przychodzą mi tu na myśl świetne reflektory LED, bardzo skutecznie oświetlające drogę, „dynamiczne” kierunkowskazy tylnych lamp, niegdyś zarezerwowane w koncernie Volkswagena wyłącznie dla modeli Audi, tak jak i przejęte z tej niemieckiej marki premium lampki w lusterkach zewnętrznych, ostrzegające o samochodzie w martwym polu widzenia. Są też rzeczy bardziej przyziemne, typu rozkładane stoliki dla pasażerów tylnej kanapy w oparciach przednich foteli czy parasolka w drzwiach kierowcy, której pomysłodawcą jest Superb. W standardowym wyposażeniu każdej, nawet najtańszej Scali, jest też system utrzymania samochodu na pasie ruchu (krytykowany już przeze mnie w Kamiqu, bo nadgorliwy i nie dający się wyłączyć na stałe). To wszystko okraszono dobrymi materiałami we wnętrzu, w moim odczuciu nawet lepszymi od tych, które ma sprzedawana do tego roku Octavia, ale nieidealnymi. To jest te wspomniane wcześniej kilka dekagramów taniości, które we wnętrzu samochodu widać i czuć, na szczęście tylko gdzieniegdzie. Tańsze i twardsze materiały wykończeniowe starano się pochować tam, gdzie na co dzień częstego kontaktu z nimi nie ma, ale jeżeli zacznie się ich szukać, to nie będą to długie poszukiwania. Jako całość, wnętrze robi jednak dobre wrażenie pod względem jakościowym, dużo lepsze od wnętrza wspomnianej już w tym tekście wielokrotnie Skody Rapid. Na minus muszę wytknąć, że Scala rozpoczęła w Skodzie rewolucję połączeniową, rezygnując z dostarczania swoim pasażerom łączy USB-A, w zamian za to racząc ich nie każdemu odpowiadającymi łączami USB-C.

Scala nie jest Skodzie potrzebna. Na pewno nie do tego, żeby marka osiągnęła jakiś spektakularny sukces sprzedażowy, bo obecnie o wiele skuteczniej są w stanie zapewnić go modele w stylu Kamiqa, Karoqa i Kodiaqa. Ale flotowo Scala jest po prostu strzałem w dziesiątkę, bo patrząc na ceny nowej Octavii i ich wywindowanie do poziomu samochodów pozycjonowanych stricte w klasie D, można stwierdzić, że Scala będzie dla wielu klientów po prostu rozwiązaniem zdroworozsądkowym. I nie będą musieli oni już na siłę akceptować pewnych wad auta, tak jak to było w przypadku Rapida.

Tekst i zdjęcia: Arkadiusz Kucharski


PODSTAWOWE INFORMACJE

  • Silnik: benzynowy, turbodoładowany, 999 cm3
  • Skrzynia biegów: manualna 6-biegowa
  • Moc maksymalna: 116 KM w zakresie 5000-5500 obr/min
  • Maksymalny moment obrotowy: 200 Nm w zakresie 2000–3500 obr/min
  • Przyspieszenie 0-100 km/h: 9,8 s
  • Prędkość maksymalna: 201 km/h
  • Zużycie paliwa w cyklu mieszanym WLTP: 5,7 l/100 km
  • Zużycie paliwa średnio w teście: 5,3 l/100 km
  • Cena samochodu w wersji testowanej 1.0 TSI 115 KM Style: od 80 000 zł
  • Cena egzemplarza testowanego: 94 650 zł

DANE TECHNICZNE
SERWIS/GWARANCJA
WARTOŚĆ REZYDUALNA
ZDJĘCIA
TestFlotowy.pl
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.